
Gabriel przyrzekł, że będzie uważał. Wcale zresztą nie palił się do walki z duchami Taran-gai i duchami – sługami tych duchów.
Musiał jednak wypełnić swój obowiązek. Mama, ojciec i cały ród będą dumni z niego i jego kroniki.
Nagle znaleźli się u celu.
Nastąpiło to tak nieoczekiwanie, że Gabriela ze strachu oblał zimny pot.
Wyszli prosto na jedno ze wzgórz. Mgła przesłaniała ciągnące się przed nimi pustkowie; bardziej się domyślali jego istnienia, niż je widzieli. Ale tuż przy nich, na samym wierzchołku, tkwiła straszna istota. Skulona, nie zaszczyciła ich nawet spojrzeniem.
– Kat – mruknął Inu.
Dokoła snuł się gęsty dym. Gabriel drgnął.
– Czuję zapach dymu – szepnął. – Czy on jest rzeczywisty?
– To tylko iluzja – odparła Tun-sij.
Grupę Taran-gaiczyków prowadzili Mar i Sarmik wraz z synami. Wszyscy czterej zatrzymali się u stóp wzgórza.
Gabriel wyciągnął notes i zaczął gorączkowo zapisywać:
„Nasi wodzowie dyskutują o tym, co powinni zrobić. Nie bardzo wiedzą, gdzie może być ten drugi, Kat-ghil, bo w tej mgle prawie nic nie widać. Jakbyśmy byli na morzu, a wzgórze Kata było wyspą. On jest naprawdę straszny… (przekreślone) straszny, bardzo mały i krępy, złymi oczami wpatruje się w dolinę, której my już nie widzimy. Od tyłu otacza go półkole, jakby płot, na którym wiszą zasuszone ludzkie zwłoki. Przypominają mumie. To się zgadza, bo on pewnie tak jak jego ojciec, Zimowy Smutek, porywał kobiety i składał je w ofierze. Mumie wyglądają na zwłoki kobiet, choć nie wszystkie. Pozostałe to chyba ciała jego wrogów. Tacy jak on uważają pewnie za wrogów wszystkich ludzi. Ale nie widzę duchów, które podobno miały go otaczać. I czy Kat nie mieszkał w norze w ziemi, w której gromadziły się duchy? Może to jednak jest Kat-ghil?”
W chwili gdy Gabriel pisał, rozległ się ostrzegawczy okrzyk zwiadowców i chłopiec instynktownie schylił głowę. W samą porę, bo tuż nad nim przeleciało coś ze świstem. Gabriel zacisnął powieki i zasłonił uszy dłońmi, dźwięk bowiem był okropny, świdrujący.
