
Taran-gaiczycy ucichli. Stali i patrzyli na siebie zdumieni, bo pieśń wciąż brzmiała! Nie oni jednak ją śpiewali i nie była już tak piękna.
Słyszeli teraz przerażające, szalone czarodziejskie zaklęcia, dochodzące ze wzgórza skrytego we mgle.
– Kat-ghil – szepnęła Tun-sij. – Kat-ghil i jego magiczne pieśni!
– Które zawsze zwiastowały nieszczęście komuś w Taran-gai – dodał Inu.
– Nie jesteśmy teraz w Taran-gai – rzekła Gwiazda.
– Spróbujmy go wyminąć – zaproponował Hur. – Moglibyśmy się przekraść w głąb płaskowyżu.
– A po co? – ostro sprzeciwiła się Tun-sij. – Jesteśmy tu po to, by otworzyć drogę wybranym z Ludzi Lodu, nic więcej.
– Masz rację – przyznał Hur. – To niemądra propozycja.
Wyraźnie było widać, że drobni Taran-gaiczycy czuli się bardzo nieswojo. Duma ze zwycięstwa odniesionego nad Katem ustąpiła nowym obawom.
Bez zapału zeszli ze wzgórza i zaczęli posuwać się w stronę, z której dobiegał śpiew.
– Kat-ghil jest bardziej niebezpieczny – szepnął Mar Gabrielowi. – Jego czarodziejskie pieśni niosą ze sobą śmierć.
Ale przecież oni wszyscy i tak już nie żyją, chciał powiedzieć Gabriel, lecz przypomniał sobie słowa Tun-sij: Taran-gaiczycy obawiali się o swe dusze. Nie chcieli trafić do królestwa Shamy ani do Wielkiej Otchłani.
Im bliżej podchodzili, tym wyraźniejsza była pieśń. Brzmiała gardłowo, pełna agresji, i stało się jasne, że jest wyrazem zła. Taran-gaiczycy zwolnili, szli z coraz większym ociąganiem, przepojeni strachem.
Z mgły wyłoniło się wzgórze. Jeszcze jedno ofiarne ognisko. Przy ogniu siedział Kat-ghil. Skrzyżował nogi, dłonie położył na kolanach, głowę odchylił do tyłu. Przerażająca, śpiewana ochrypłym głosem pieśń wznosiła się ku niebu.
