
Strach zatrzymał się, parskając i wietrząc, jakby chciał stwierdzić, kim jest Gabriel. Chłopiec popatrzywszy w jego złe żółte oczy poczuł mdłości.
Powarkując Strach obrócił się i skupił teraz na dwóch synach Sarmika. Byli oni znacznie starsi od Gabriela, ale w ostateczności dało się ich jeszcze nazwać dziećmi.
– Nie zbliżaj się do nich! – ostrzegł Sarmik. – Inaczej na twoją głowę spadnie nasze przekleństwo!
Strach wypluł pod stopy Sarmika ciemnobrązową grudkę, najwidoczniej jakiś środek oszałamiający używany przez mieszkańców Taran-gai w zamierzchłych czasach.
Dzielni mali szamani już unieśli dłonie, by rzucić zaklęcie na swych trzech dotkniętych przekleństwem przodków, Kat-ghila, Zimowego Smutka i Stracha, kiedy nagle Tun-sij zawołała:
– Strzeżcie się! Na wszystkich bogów, strzeżcie się!
Za nimi pojawił się czwarty stwór. Vendel Grip natychmiast rozpoznałby ohydną postać, która podpełzła od tyłu, chwyciła Vassara za nogi i obaliła na ziemię.
Ale i Tun-sij go znała, żyła wszak w jego czasach.
– Oko Zła! Biegnijcie! – poleciła szamanom. – Zawracamy!
Ale nikt, i ona także, nie ruszył się z miejsca.
Kat-ghil wstał i zaczął wypowiadać straszliwe zaklęcia skierowane na Vassara. Zimowy Smutek zszedł ze szczytu wzgórza i także obrał sobie za cel Vassara, a Strach, porywacz dzieci, wyciągnął ramię do chłopaka.
Najgroźniejszy jednak był Oko Zła, który rzucił się na Orina, spieszącego z pomocą młodszemu bratu. U stóp wzgórza zapanowało teraz straszliwe zamieszanie, rozległy się pełne skargi żałosne jęki młodzieńców, monotonne zaklęcia szamanów i wołanie Sarmika o pomoc.
Wreszcie Zimowy Smutek wstał.
– Mamy ich, panie! – krzyknął triumfalnie.
Nagle pojawiła się jeszcze jakaś inna istota, którą Gabriel znał aż nazbyt dobrze. Na pozór zwyczajny człowiek, a mimo to niewiele w nim było ludzkiego.
