
– Włos mu z głowy nie spadnie – obiecała Tun-sij.
– Co masz zamiar zrobić, Ulvhedinie? – spytał Gabriel wystraszony.
Olbrzym odwrócił się do niego z uśmiechem.
– Sprowadzę tu jednego z moich towarzyszy, i to z czymś w rodzaju uzbrojenia. Ale to powinno odbyć się szybko, nie mogę więc wziąć żadnego z żywych.
– Może Runego? – podsunął Gabriel.
Ulvhedin zamyślony zapatrzył się przed siebie, jak gdyby w powietrzu szukał odpowiedzi.
– Tak… Być może. Albo Halkatlę.
– Ona jest szalona – wyrwało się Gabrielowi.
– Owszem. Ale ogromnie ją interesują wszelkie nowoczesne wynalazki. Wydaje mi się, że najlepiej będzie, jeśli sprowadzę ich oboje. Sporo też będzie do niesienia.
Zanim Gabriel zdążył odpowiedzieć, Ulvhedin zniknął.
Chłopiec został sam z duchami Taran-gaiczyków. Wprawdzie Ulvhedin także był duchem, ale Gabriel już tak go nie traktował. Dopiero teraz, bliski paniki, odczuł niesamowitość sytuacji.
Zaczerpnął jednak kilka głębszych oddechów i wkrótce odzyskał panowanie nad sobą.
Taran-gaiczycy najwidoczniej w pełni ufali Ulvhedinowi, stali bowiem spokojnie czekając.
– Czy nie możemy wezwać czterech żywiołów? – ostrożnie spytała Gwiazda.
– Nie powinniśmy tego czynić – odparła Tun-sij. – I tak niepokoiliśmy je już dwukrotnie. Możemy się do nich zwracać tylko w razie najwyższej konieczności.
Gabriel myślał swoje. Co prawda kiedy cztery duchy przybyły do Góry Demonów, okazały im chłód, jeśli nie wprost niełaskę, ale jednak zjawiły się na wezwanie! I całkiem dobrowolnie stanęły po stronie wybranych, kiedy Shama zagrodził drogę samochodowi.
