
Pewien był, że cztery duchy Taran-gai, przywołane po tylu pustych stuleciach, odczuwały radość.
Nagle Ulvhedin był znowu z nimi, a towarzyszyli mu zachwycona Halkatla i zamknięty w sobie Rune.
Ulvhedin przyniósł nowinę.
– Przybył Targenor na czele swej armii duchów i demonów – oznajmił cicho oczekującej gromadzie. – Ale oni nie zdołają przejść dalej, dopóki nie wyeliminujemy złych szamanów Taran-gai.
– Targenor? – zdziwił się Mar. – Ze wszystkimi naszymi oddziałami? Dlaczego?
– Ponieważ dowiedział się, że nie mogący zaznać spokoju duch jego siostry Tiili znajduje się gdzieś tutaj w wysokich partiach gór. Prawdopodobnie w obrębie granic Doliny. Dlatego wezwał wszystkich dowódców. Czekają jednak na dole, nie mają żadnej władzy nad duchami Taran-gai.
Sarmik podniósł głowę.
– Jeśli Targenor rusza do walki, zajmę miejsce, jakie mi wyznaczył: dowódcy Taran-gaiczyków. Tengel Zły odebrał Targenorowi siostrę. Ja straciłem synów. Król Ludzi Lodu może mi zaufać.
– Doskonale, Sarmiku! Zaczynamy więc od razu. Oto mój plan…
Kat-ghil naradzał się na wzgórzu z Zimowym Smutkiem, Strachem i Okiem Zła.
– Oni pokonali Kata – oznajmił ochryple. – Ale i my ich pojmamy, po kolei, jedno po drugim.
– Nie odważą się znów tu przyjść – z pogardą stwierdził Strach.
– Są dostatecznie głupi, by próbować – odparł Kat-ghil. – Stańmy w pewnej odległości od siebie. Wyłapiemy ich jak muchy.
– Mnie zostawcie chłopca – powiedział Strach z uśmiechem wyrażającym okrucieństwo.
– Ja chcę tego wyrośniętego o białej skórze – syknął przez zęby Oko Zła.
– A ja te dwie kobiety – zarechotał Zimowy Smutek. – Potnę je na kawałki, tak jak się kroi trupy.
– A potem – rzekł Kat-ghil z głębokim zadowoleniem w głosie – potem weźmiemy resztę tych nędzników.
Czekali spokojnie. Wszyscy czterej przykucnęli przy ogniu. Wiatr szarpał lodowatą poranną mgłę, ale dym z ogniska nadal wznosił się prosto.
