
Tun-sij i Gwiazda także włączyły się do walki, i to w szczególny sposób. Szalona Halkatla dostała od Nataniela i Marca kilka rakietnic. Pokazała szamankom, jak ich używać, i teraz jedna za drugą rakiety z sykiem rozzłoszczonych os przelatywały nad głowami okrutnych przodków, osmalając im włosy. Wszyscy czterej odruchowo się pochylali i w zamieszaniu, jakie zapanowało na wzgórzu, nacierającym udało się podejść bliżej. Tun-sij śmiała się uradowana.
Oko Zła ledwie zdążył sobie przypomnieć, że jego zdobyczą ma być Ulvhedin, kiedy nagle w dłoniach „białego olbrzyma” pojawił się ogień. Była to zapalniczka Tovy. Właściwie Tova nie paliła papierosów, zdarzało się to jedynie wtedy, gdy czuła bunt wobec świata i chciała zademonstrować swoją niezależność. Ostatniego papierosa wypaliła już dawno temu, ale zapalniczkę po prostu nosiła w torbie.
Ulvhedin dzielnie kroczył naprzód. Kierował się wprost na Oko Zła, bezustannie gasząc i zapalając zapalniczkę, aż wreszcie Gabriel dyskretnym klepnięciem w ramię musiał mu przypomnieć, że w ten sposób zapalniczka może definitywnie zgasnąć.
Na Oku Zła wywarło to jednak dostatecznie duże wrażenie, by przerażony się wycofał, przynajmniej na kilka chwil.
– Przydałby nam się teraz motocykl – szepnął Gabriel Runemu.
Chłopak-alrauna nie odpowiedział natychmiast, jakby słowa Gabriela dały mu do myślenia.
– Dlaczego by nie? – powiedział wreszcie z błyskiem w oku. – Jeśli nasi latający sprzymierzeńcy potrafią przenosić ludzi, dlaczego mieliby nie poradzić sobie z motocyklem? Masz, weź pistolety, których, jak przypuszczałem, użyjemy. Rozdziel je między naszych towarzyszy, teraz nadeszła ich kolej…
Pokazał Gabrielowi, w jaki sposób powinni celować, a potem szybko odszedł.
Pięciu małych Taran-gaiczyków dostało po pistolecie i Gabriel szybko objaśnił, jak mają się nimi posługiwać. W tym czasie Ulvhedin i dwóch szamanów zatrzymywało cztery złe stwory na szczycie wzgórza, zapalając zapałki i wzniecając drobne pożary w zwiędłej zeszłorocznej trawie. Nie było to wcale łatwe, bo śnieg stopniał w niektórych tylko miejscach po nasłonecznionej stronie i trawa wciąż była wilgotna. Ale niektóre kępy dały się podpalić. Było ich dostatecznie dużo, aby Kat-ghil i jego kompani zdumieli się potęgą magii wrogów.
