Dla ludzi przeszłości ogień był świętością i fakt, że wrogowie z niczego potrafili wyczarować płomienie, wprawił ich w kompletne oszołomienie.

Ale i przyjaciele Gabriela zaniemówili na widok takich cudów. Jednego z Taran-gaiczyków ogarnęło podniecenie i nie zastanawiając się, cisnął zapaloną zapałkę prosto w Oko Zła. Tego nie powinien był robić. Oko Zła usunął się i rzucił na małego szamana okrutne zaklęcie. Taran-gaiczyk z jękiem zaczął wić się w konwulsjach. Przelęknieni towarzysze odciągnęli go na tyły.

W tym czasie pięciu innych nauczyło się posługiwać pistoletem. Pierwszy strzał oddał Gabriel. Kula trafiła obok ogniska, obsypując ziemią Stracha. Chłopiec zapowiedział Taran-gaiczykom, by nie celowali w złych szamanów na wzgórzu. To nie miałoby sensu, szamani byli wszak duchami, a poza tym prędko by się zorientowali, że kule wcale nie są groźne, w każdym razie nie dla nich.

Wszyscy więc naśladowali chłopca: celowali w podłoże pod takim kątem, że rozpryskująca się ziemia i trawa sypała się złym stworom prosto w twarze.

Przyjaciele Gabriela pokrzykiwali z radości. Prowadzili ogień z takim zapałem, że musiał ich powstrzymywać i przykazać, by nie strzelali jednocześnie. Gdyby się nie opanowali, magazynki wkrótce byłyby puste, a chodziło przecież o to, by przeciągnąć czas. Na razie Kat-ghil i jego kamraci nadal zajęci byli ocieraniem oczu z piasku, ale atakującym już wkrótce mogły skończyć się kule.

I właśnie wtedy zjawił się Rune.

Cztery ohydne istoty na wzgórzu otarły z twarzy resztki ziemi i podniosły głowy, gdyż dobiegł je dźwięk, jakiego nigdy jeszcze nie słyszały. Ryk ciężkiego, rozpędzonego motocykla.



27 из 182