
Do tego, aby jego los się dopełnił, przyczyniły się ostatecznie dwie kobiety. On, który porywał niewiasty, wykorzystywał je, a potem składał z nich okrutną ofiarę, doświadczył teraz srogiego odwetu. Bezlitosne oczy Tun-sij i Gwiazdy niczym płomienie przepaliły mu najpierw odzienie ze skór dzikich zwierząt, potem jego własną skórę, a na koniec ciało aż do kości. Później i kości rozsypały się w pył i z okrutnego Zimowego Smutku, złego czarownika o pięknym imieniu, nie zostało już absolutnie nic. Zniknął ze świata duchów tak jak jego syn, wnuk i dalsi potomkowie, Kat, Kat-ghil, Strach i Oko Zła.
Ulvhedin powiedział uroczyście:
– Szamani z Taran-gai! Doskonale wypełniliście swe zadanie! Usunęliście przeszkody z drogi naszych przyjaciół z Zachodu, umożliwiając im dalszą wędrówkę. Ten bohaterski czyn nigdy nie pójdzie w zapomnienie, zatroszczy się o to Gabriel. – Uśmiech Ulvhedina stał się jeszcze cieplejszy. – Dokonaliście tego wy i ten łapserdak, który kulejąc zbliża się do nas.
Odwrócił się i otoczył przyjaciela ramieniem. Taran-gaiczycy śmiali się, uradowani własnymi osiągnięciami i pomysłem Runego. Po wymianie uścisków mężczyźni koniecznie chcieli dokładnie obejrzeć czarodziejską maszynę.
Na wzgórzu została niewielka grupka.
Mar zapatrzył się na płaskowyż. Słabe światło świadczyło o tym, że za zasłoną mgły wstało już słońce.
– Dzień dobrze nam się zaczął – westchnął zadowolony.
W oczach Tun-sij błysnęło coś wizjonerskiego.
– Fatalny dzień – szepnęła.
