Oczy zmieniły się w wąskie, żółte szparki, nos wydłużył się i wyostrzył, aż wreszcie przypominał dziób wygięty nad straszliwą gardzielą, czarną, pełną drobnych ostrych zębów, między którymi poruszał się obrzydliwy jęzor. Uszy ciasno przylegały do płaskiej czaszki.

Na twarzy Lynxa nie widać było zdumienia i odrazy, jakie bez wątpienia odczuwał. Kamiennym jak zwykłe wzrokiem patrzył na swego władcę, który z początku nie zorientował się, co się stało.

– Ale mam przecież innych – syknął ohydny stwór.

Lynx musiał przełknąć ślinę, zanim dobył z siebie głos:

– Masz wielu wiernych poddanych, panie. Wielkie jest twoje królestwo.

– Ono będzie naprawdę wielkie, bylebym tylko odzyskał swoją wodę. Najpierw jednak muszę się pozbyć tej garstki moich nędznych potomków, którzy tam się poruszają. Jest ich więcej niż palców u jednej ręki, ale niewiele więcej.

– Masz rację, panie – dyplomatycznie odpowiedział Lynx. – Jest ich sześcioro, tak jak mówisz.

– Ale wam udało się wyeliminować tylko jednego z tych, którzy są z nimi od samego początku.

– I dwadzieścia Demonów Wichru, plus dwóch Taran-gaiczyków – przypomniał mu Lynx.

– Za mało – warknął Tengel Zły.

– Oni mają możnych sprzymierzeńców.

– Stale musisz mi o tym przypominać? Sam bym się nimi zajął, gdyby nie to, że mają ze sobą coś, czego ja… wolę unikać.

Nagle Tengel Zły spojrzał na swoje ręce i odkrył metamorfozę. Nie panując nad sobą wydał z siebie skrzek niczym przestraszony drapieżny ptak i badawczo popatrzył na Lynxa. Ale wyraz twarzy Numeru Jeden jak zawsze pozostawał niezgłębiony.

Tengel Zły rzekł z godnością:

– Gdy napiję się ciemnej wody, odzyskam urodę z czasów mej młodości. Skóra, którą noszę w tej chwili, jest tylko tymczasowa, ale dość przystojna, prawda?



37 из 182