
Na twarzy Lynxa nie widać było zdumienia i odrazy, jakie bez wątpienia odczuwał. Kamiennym jak zwykłe wzrokiem patrzył na swego władcę, który z początku nie zorientował się, co się stało.
– Ale mam przecież innych – syknął ohydny stwór.
Lynx musiał przełknąć ślinę, zanim dobył z siebie głos:
– Masz wielu wiernych poddanych, panie. Wielkie jest twoje królestwo.
– Ono będzie naprawdę wielkie, bylebym tylko odzyskał swoją wodę. Najpierw jednak muszę się pozbyć tej garstki moich nędznych potomków, którzy tam się poruszają. Jest ich więcej niż palców u jednej ręki, ale niewiele więcej.
– Masz rację, panie – dyplomatycznie odpowiedział Lynx. – Jest ich sześcioro, tak jak mówisz.
– Ale wam udało się wyeliminować tylko jednego z tych, którzy są z nimi od samego początku.
– I dwadzieścia Demonów Wichru, plus dwóch Taran-gaiczyków – przypomniał mu Lynx.
– Za mało – warknął Tengel Zły.
– Oni mają możnych sprzymierzeńców.
– Stale musisz mi o tym przypominać? Sam bym się nimi zajął, gdyby nie to, że mają ze sobą coś, czego ja… wolę unikać.
Nagle Tengel Zły spojrzał na swoje ręce i odkrył metamorfozę. Nie panując nad sobą wydał z siebie skrzek niczym przestraszony drapieżny ptak i badawczo popatrzył na Lynxa. Ale wyraz twarzy Numeru Jeden jak zawsze pozostawał niezgłębiony.
Tengel Zły rzekł z godnością:
– Gdy napiję się ciemnej wody, odzyskam urodę z czasów mej młodości. Skóra, którą noszę w tej chwili, jest tylko tymczasowa, ale dość przystojna, prawda?
