A Marco? – zainteresował się Ian. – Gdzie on jest?

Halkatla roześmiała się.

– Szczerze mówiąc, nie wiem. On potrafi zniknąć całkowicie, skryć się nawet przed nami, duchami. Po to, aby ten, wiecie kto, nie mógł go odnaleźć. Targenor pragnie, żebym ja z Runem szła na końcu i mogła was w ten sposób osłaniać.

Czy nasi opiekunowie są z nami? – spytał Gabriel z nieskrywanym lękiem. Wszystko wydawało mu się teraz przerażające.

– Linde-Lou, Ulvhedin, Tengel Dobry i Sol są tutaj. Towarzyszą swym protegowanym, ale nie powinni się pokazywać.

– To zrozumiałe – uspokojony Gabriel pokiwał głową.

Posuwali się dalej po zdradzieckim zboczu, brodzili w śniegu, zalegającym między głazami, tu bowiem nie docierały promienie słońca, które stopiłyby zaspy. Na bardziej stromych odcinkach musieli sobie pomagać, podtrzymując się nawzajem. Niektóre z ogromnych bloków obchodzili, przeklinając śnieg, który utrudniał wędrówkę i czynił ją jeszcze bardziej niebezpieczną.

– Co to było? – spytał nagle Gabriel, gwałtownie się zatrzymując. Zasapał się, zmęczony wspinaczką.

Jego towarzysze także przystanęli.

– Zauważyłem coś – wydyszał chłopiec. – Jakiegoś małego człowieka. Być może nawet dwóch, między tamtymi głazami.

– Jesteś pewien? – spytał Nataniel.

– Tak. Ten człowiek był cały brązowy.

– Pewnie jakiś turysta, który chce się opalić – podsunęła Tova.

– Nie, on był bosy! I ubrany całkiem inaczej niż my. Trzymał coś w ręku, wyglądało na jedwabną chustkę z czymś ciężkim w jednym rogu.

– Jest jeszcze jeden! – zawołał Ian. – Tuż obok. Ma mały toporek.

Wraz z Natanielem podbiegli do miejsca, gdzie pojawił się mężczyzna, ale ten zniknął bez śladu. Dosłownie.



39 из 182