
– Nie zostawiają na śniegu żadnych odcisków – mruknęła Tova.
Halkatla i Rune szli razem, zamykając grupę. Posuwali się powoli po śladach innych, nie zastanawiając się wcale nad tym, że zostają coraz bardziej z tyłu.
– Och, gdybym tylko mogła dalej żyć – westchnęła Halkatla. – Przez cały czas śmiertelnie się boję, że właśnie teraz… teraz zaraz mój czas dobiegnie końca.
– Dobrze cię rozumiem – przyświadczył Rune. – Choć ze mną jest całkiem inaczej.
– O czym myślisz?
Rune wzruszył ramionami.
– Czym jestem? Czy żyję? Gdzie moje miejsce?
– Na śniegu pozostawiasz ślady. A ja nie.
– A więc w pewnym sensie jestem żywą istotą. Ale jestem nieśmiertelny. I nie należę do ludzi.
– To prawda.
Halkatla odruchowo ujęła go za rękę, sztywną i chropawą, jakby drewnianą. Ale nie puściła jej.
Zamyślony Rune powiedział nagle:
– Miałaś taką wielką bliznę…
– Pod piersiami? Zobaczyłeś to, kiedy w Oppdal próbowałam cię uwieść i przeżyłam klęskę mego życia?
– Nie wolno ci tak myśleć – zaprotestował z czułością. – Masz rację, zobaczyłem to właśnie wtedy. Czy to blizna od…
– Tak, zakłuli mnie na śmierć. Czy wiesz, że Tova dokładnie w tym miejscu ma znamię? Bardzo wyraźne, w takim samym kształcie jak moja szrama.
– To wcale nie jest przypadkowe. Rany, jakich doznało się w poprzednim życiu, często objawiają się w formie znamion.
– Interesujące.
Halkatla przystanęła i zapatrzyła się na wznoszące się przed nimi stromizny. Ich głosy echem odbijały się od mrocznych ścian, od gór ciągnęło chłodem, od którego zadrżała. Znów ruszyła, wciąż trzymając Runego za rękę.
Przez cały czas starali się zachować ostrożność, ale teraz, pochłonięci rozmową, nie dość czujnie uważali na to, co dzieje się za nimi.
Rune drgnął i zatrzymał się, wyczuwając w pobliżu coś niepokojącego. Wykonał ruch, jakby chciał osłonić Halkatlę, ale za późno.
