Oboje zostali zaatakowani od tyłu. Każde z nich poczuło to samo: pętlę zaciskającą się na szyi. Zaraz potem przeciągnięto ich za skały. Dotarły do nich szepty w obcym języku. Rune słyszał już wcześniej melodię tej dziwnej mowy, rozpoznał sposób, w jaki język uderzał o podniebienie przy wymawianiu pewnych głosek. Przypomniał sobie, gdzie go słyszał. W Indiach, przed wiekami.

Potem otoczyła ich ciemność.

– Ci ludzie, których widzieliśmy, nie zniknęli tak całkiem bez śladu – stwierdził Ian. – Popatrzcie!

Nataniel pochylił się nad śniegiem w miejscu wskazanym przez Iana.

– Co to może być? – zastanawiał się Gabriel.

– Ja też chciałbym to wiedzieć – zasępił się Nataniel.

Patrzyli na rozsypane na śniegu połyskujące, brunatne ziarenka, najwidoczniej zgubione przez mężczyzn. Nataniel podniósł kilka i usiłował rozetrzeć je w palcach.

– To wygląda na cukier – z niedowierzaniem w głosie powiedział Ian. – Brązowy cukier!

Nataniel powąchał ziarenka i ostrożnie polizał.

– To naprawdę cukier. Co, na miłość boską…

– Dlaczego Rune i Halkatla nie nadchodzą? – przerwała mu Tova.

Odwrócili się, na moment zapadła pełna przerażenia cisza. Patrzyli na siebie z narastającym lękiem.

Nataniel z Ianem biegiem ruszyli za wielki głaz, który właśnie minęli. Tova i Gabriel pośpieszyli za nimi.

Nigdzie bodaj cienia przyjaciół.

Wołali, ale odpowiadało im tylko echo, głucho odbijając się od skał.

Potem i ono umilkło. Przeżyli moment ciszy w górach, taki, który daje pojęcie o ich nieskończoności. Tylko ktoś, kto tego doświadczył, wie, jakie to uczucie. Wrażenie bezgranicznej samotności i smutku, pomyślał Gabriel.

– Oni nie mają opiekunów – szepnęła Tova pobielałymi wargami.

– To prawda, traktowaliśmy ich jak nietykalnych – przytaknął Nataniel.

Okolica była tu bardzo nierówna, widoczność mieli więc ograniczoną. Wszyscy czworo znów zaczęli iść po własnych śladach, pilnie je śledząc.



41 из 182