Wreszcie się zatrzymali. Rzuceni na ziemię więźniowie zorientowali się, że oczekiwała na nich większa grupka mężczyzn. Wszyscy, choć podnieceni, rozmawiali ze sobą cicho.

Pierwszy cios trafił Halkatlę w kolana. Rozkrzyczała się, ale natychmiast przez worek zatkano jej usta dłonią. Usłyszała, że Runego także bito, za każdym uderzeniem docierały do niej zduszone jęki bólu.

– Zostawcie go, przeklęte diabły! – syknęła pomimo dławiącej ją ręki i zaraz trafił ją w ramię cios, który najwidoczniej miał je złamać. – Au! Niech was czarci porwą! – zawyła niewyraźnie.

Rune słuchał, co mówią do siebie Hindusi:

– Ale żywotni, już dawno powinni skonać!

– To wepchnijcie ich żywcem!

– Nie możemy! Muszą być martwi! To ma być ofiara krwi.

Na oboje spadł grad uderzeń. Dusiciele stawali się coraz bardziej zdesperowani, bili szybciej i mocniej.

– Udawaj, że umarłaś – mruknął Rune do Halkatli.

– Jak mam to zrobić? – jęknęła. – To tak strasznie boli!

– Wiem. Ale spróbuj.

Czarownica usiłowała się rozluźnić, ale kiedy trafiały ją kolejne ciosy oskarda, nie mogła zapanować nad swoim ciałem.

Nic z nas nie zostanie, pomyślała z rozpaczą.

– Co oni z nami zrobią? – wydusiła z siebie.

– Zakopią nas w ziemi, ale dlaczego, nie wiem.

Halkatla poczuła, że wrzucają ją do dołu. Worek ściągnięto i zobaczyła kilku drobnych mężczyzn o brunatnej skórze. Niektórzy byli młodzi, mieli złe twarze, inni starzy i dostojni, a jeden z pewnością musiał być księciem. Halkatla nie wiedziała nic o obcych ludach, podczas swego ziemskiego życia nie wychyliła nosa poza Dolinę Ludzi Lodu. Miała wrażenie, że każda najdrobniejsza kosteczka w jej ciele została zmiażdżona, ale tak nie było. Dusiciele, którzy na próżno usiłowali zrobić z Runego coś w rodzaju niedużej paczki, przerwali swą makabryczną pracę i wpatrywali się w swe ofiary bezgranicznie zdumieni.



48 из 182