
– My… nie potrafimy ich zniszczyć – wyjąkał jeden. – Spójrzcie! Oni nie krwawią. I na skórze mają tylko lekkie zadraśnięcia.
– Patrzcie na jej oczy! Płoną nienawiścią! Uciekajmy!
– Nie, nic możemy. My…
Napastnicy odeszli i zaczęli do siebie szeptać. Wreszcie uzgodnili coś i wrócili do uwięzionych. Zmusili ich, aby wstali, i wówczas Halkatla zorientowała się, że Rune jest znacznie dotkliwiej poturbowany niż ona. Rany miał głębsze, a oba ramiona wydawały się połamane.
– Co oni ci zrobili? – użaliła się. – Bardzo boli?
– Dam sobie radę, zranienia nie są poważne, zagoją się prędko same z siebie. A ty?
– Mnie też już tak nie boli.
– Mnie też nie. Ciekawe, czego oni od nas chcą?
– Nie zostawiaj mnie, Rune!
– Będę cały czas przy tobie.
Popychaniem zmuszono ich do marszu wzdłuż skalnej ściany.
W końcu Dusiciele zawiązali ofiarom oczy swymi cuchnącymi chustkami i pognali naprzód uderzeniami.
– O czym rozmawiają? – spytała Runego Halkatla.
– O pomyłce, jaką popełnili, chwytając właśnie nas. Są kompletnie zdezorientowani i kłócą się ze sobą.
– Dobrze im tak! Widzisz, dokąd idziemy?
– Nie. A ty?
– Oczywiście! Chustka nie stanowi przeszkody dla mojego wzroku, potrafię patrzeć przez nią, może widzę tylko trochę mniej wyraźnie.
– Doskonale, Halkatlo! Ja rozumiem, co mówią, a ty widzisz przez ich zasłony. Idealnie się uzupełniamy.
Od tych słów cieplej zrobiło jej się na sercu.
– I co widzisz? – dopytywał się Rune.
– Lód, śnieg i kamienie. A czego się spodziewałeś?
– Nie bardzo wiem – odparł niepewnie. – Chyba czegoś więcej.
– Teraz dochodzimy do punktu zwrotnego. To znaczy do jakiejś krawędzi… Dalej jest jakieś zagłębienie albo coś podobnego.
– Czy możesz tam zajrzeć?
– Jeszcze nie. Zresztą tam pewnie będzie jeszcze więcej śniegu. Nie, poczekaj… – zachłysnęła się nagle zdumiona.
