
Rozejrzeli się przygnębieni. Miejsce nie było szczególnie zachęcające: opadający stromo teren, łaty śniegu, zlodowaciała ziemia. Trudno się schronić nawet przed wiatrem. Gabrielowi zamarzyło się łóżko w domu. Pies przytulony w nogach…
Tova z sentymentem pomyślała o ciepłym, wygodnym pokoju w hotelu.
– Lepsze to, niż iść teraz na górę – uznał Nataniel.
Nikt nie miał co do tego wątpliwości.
– Czy macie ze sobą wszystkie cztery butelki? – spytała Sol.
– Tak – odparł Nataniel. – Ja mam swoją, Tova swoją, a Marco swoją i Ellen.
Wszyscy dostrzegli ból, jaki odmalował się na twarzy Nataniela, kiedy wymawiał imię ukochanej.
– Niedobrze, że masz dwie, Marco – powiedział Tengel Dobry i popatrzył na pozostałych dwu spośród żyjących, bo tylko tacy mogli wnieść do Doliny buteleczki z wodą Shiry. – Gabriel nie może wziąć flaszki. Już i tak spoczywa na nim zbyt duża odpowiedzialność. Ma przekazać całą naszą historię, kiedy nastaną złote czasy pokoju, jeśli w ogóle będzie to miało miejsce. Poza tym mimo że nie miał być narażony na ataki wroga, dwukrotnie już ucierpiał.
Ulvhedin pokiwał głową.
– Odnoszę wrażenie, że oni koncentrują się na najsłabszych w grupie. Nie miałem możliwości zapobiec tym atakom, zawsze uderzają z zaskoczenia.
Pozostawał już tylko jeden współcześnie żyjący człowiek: Ian Morahan.
– On nie został wtajemniczony – stwierdziła Sol.
– To prawda – przyznał Tengel Dobry. – Nie otrzymał błogosławieństwa i ochrony od wszystkich mocy przybyłych do Góry Demonów.
– Nie wypił też napoju tak jak inni – dodał Ulvhedin. – Nie możemy narażać go na niebezpieczeństwo.
– I co najważniejsze: on nie jest jednym z nas, stoi z boku.
– Nie – zaprzeczył Marco, uśmiechając się leciutko. – Ian wcale nie stoi z boku. Mój przyjaciel, jeden z czarnych aniołów, uleczył jego ciało. To się zdarza tylko wówczas, gdy chodzi o kogoś wyjątkowego. Ian należy do nas.
