– Jestem gotów – oznajmił z nadzieją, że jego głos zabrzmiał spokojnie i zdecydowanie, mimo że do spokoju było mu daleko. Gabriel wyczuł to swymi nagle wyostrzonymi zmysłami.

Uśmiechnęli się i gorąco podziękowali Ianowi, a on w tym momencie gotów był uczynić dla nich wszystko, czego by zażądali.

Powrócił Astarot i Tula wlała napój do małej czarki. Podała Ianowi naczynie dopiero wtedy, gdy złożył uroczystą przysięgę, że będzie wypełniać wszelkie rozkazy przywódców.

Przenikało ich dotkliwe zimno, od czasu do czasu odczuwali ostre uderzenia wiatru. Otoczyli Iana i w uniesieniu patrzyli, jak pierwszy nie związany z Ludźmi Lodu więzami krwi uczestniczy w ich rytuale. Cisza zalegająca nad płaskowyżem przydawała podniosłości tej uroczystej chwili.

Napój był może nieco gorzki, ale przede wszystkim wyczuwało się w nim rozmaite zioła. Smakował Ianowi. Czuł, jak spływa mu do gardła. Może była to sugestia, ale wydawało mu się, że od razu przybywa mu spokoju i siły.

Kiedy wypił już wszystko, oddał czarkę Tuli dystyngowanym gestem, pragnąc zachować odświętny nastrój, jaki ogarnął uczestników ceremonii.

Po kolei kładli mu dłoń na ramieniu i witali w grupie wybranych. Inu musiał wspiąć się na palce, a Tova przez łzy wzruszenia ledwie widziała Iana. Marco patrzył na niego z takim ciepłem w oczach, że Irlandczyk gotów był dlań skoczyć w ogień.

Wszyscy czekali w pełnym powagi napięciu. Marco wyjął niewielką paczuszkę owiniętą w gruby materiał i oklejoną papierową taśmą. Biorąc ją Ian odniósł wrażenie, że przez jego rękę przebiega prąd rozprzestrzeniający się po całym ciele. W maleńkiej, niemal mieszczącej się w dłoni paczce wyczuł kształt przypominającej amforę flaszeczki.

Ian Morahan wiedział, że tego momentu nigdy nie zapomni. Ta chwila była chyba najbardziej wzruszająca w całej tej niesamowitej wyprawie do Doliny Ludzi Lodu.



7 из 182