
Zdawał sobie bowiem sprawę, że być może nie wrócą z tej wyprawy. Na myśl o tym zrobiło mu się jakoś smutno, zaczął nawet pociągać nosem. Jeśli ktoś w odległej przyszłości zawędruje w te góry i odnajdzie jego martwe ciało, dostrzeże także jego dzienniki. A w nich zapisana będzie cała historia o tym, jak duchy Ludzi Lodu i Taran-gaiczyków uratowały świat od Tengela Złego. Wówczas ludzie będą już mogli poznać prawdę. Ale dopiero później, kiedy walka się zakończy. Tak, bo przecież jeśli pojawią się tu ludzie, będzie to oznaczało, że świat i ludzkość w istocie zostaną ocaleni. Dla świata Gabriel i jego dzielni przyjaciele cierpieli… cierpieli… Do licha! Cierpieli, tak to się mówi. I ponieśli śmierć!
Otarł nos. Takie myśli zbyt mocno poruszały jego uczucia.
„Nie było nas wielu – zanotował. – Marco, który był czarnym aniołem, Nataniel, który był nim trochę, Tova, która była dotknięta, Ian, który był Irlandczykiem, no i ja. Nazywam się Gabriel Gard z Ludzi Lodu i mam dwanaście lat. Zostałem wybrany do pisania tej kroniki, która może zostanie przerwana w połowie, bo już nie będę żył…”
Nie, stanowczo zbyt wiele miejsca poświęcił sobie, tak nie można. Kronikarz musi zachować obiektywizm.
Wszystko to pięknie wykaligrafował na tytułowej stronie księgi. Chciał umieścić tu o wiele więcej imion, ale zabrakło mu miejsca. Nie wymienił na przykład Runego i Halkatli, ale napisze o nich dalej, wszystko więc chyba będzie w porządku.
Usłyszał, że go wołają, stanął na zdrętwiałe nogi.
Wcześnie ułożyli się na nocny spoczynek. Niełatwo przyszło im znaleźć wygodne miejsce na zimnym, nierównym podłożu, ale w bagażu znalazły się peleryny od deszczu i ciepłe ubrania, w które mogli się utulić.
Gabriel nasłuchiwał dźwięków nocy. Położyli się tylko Tova, Ian, Nataniel, Marco i on, pozostali trzymali wartę. Widział ogromną postać Illvhedina siedzącego na ziemi na ukos od niego, razem z Tengelem Dobrym i Sol. Nieco dalej usadowili się inni, wśród nich Rune i Halkatla zatopieni w cichej rozmowie.
