
— Pan mi da maszynę — powtórzył spokojnie pilot. — Mogę zaraz pogadać z Graalem. Marlin podskoczy, wyda zlecenie i koniec. Dostanie pan służbowo. Marlinowi wszystko jedno, Killian czy ja. A instrukcję umiem na pamięć. Szkoda czasu, panie Gosse. Proszę dać mi coś zjeść, umyć się, a potem obgadamy szczegóły.
Gosse popatrzył bezradnie na Londona i rozczarował się, jeśli oczekiwał wsparcia.
— On pójdzie — odezwał się jego zastępca. — Słyszałem o nim od tego speleologa, co był latem w Graalu. On jest akurat taki, jak twój Pirx. Cicha woda. Tylko fajki szkoda. Wykąp się, kolego. Tusze są na dole. I zaraz wróć, żeby zupa nie wystygła.
Pilot, uśmiechnąwszy się do Londona z wdzięcznością, wyszedł. Po drodze podniósł swój biały hełm tak energicznie, aż wszystkie końcówki wężów uderzyły go po bokach skafandra. Ledwie zamknął za sobą drzwi, London jął hałasować naczyniem przy podgrzewaczach.
— Co to da? — Gosse zadał ze złością pytanie jego plecom. — Ty też dobry jesteś!
— A ty maślany przyjaciel. Po coś dał Pirxowi maszynę?
— Musiałem. Dał słowo.
London odwrócił się ku niemu z garnkiem w rękach.
— Chłopie, puknij się w czoło. Słowo dał! Taki, jak ci da słowo, że skoczy za tobą do wody, to dotrzyma. A jak da, że będzie się tylko patrzył, jak toniesz, to także skoczy. Nie mam racji?
— Racja i racjonalność to nie to samo — Gosse bronił się jeszcze bez przekonania. — Jak on może im pomóc?
— Może znaleźć ślady. Weźmie promiennik.
— Przestań! Lepiej posłucham Graala. Może jest jakaś wiadomość.
Daleko było jeszcze do zmierzchu, choć ściemniło się od chmur, siadających wokół rozświetlonego grzyba wieży.
