
London się nie odezwał. Pilot dodał z wahaniem:
— Może siadłem trochę za blisko...
— Głupstwo. Dobrze, żeś pan w ogóle równo siadł.
Pilot czekał dalszych uwag, krojących na pochwałę, ale London odwrócił się ku niemu i obejrzał od rozczochranych jasnych włosów do stóp w białych butach skafandra.
— Jutro poślę technika na deflektoskopię... Wrzucił pan stos na jałowy bieg? — dodał nagle.
— Nie. Całkiem wyłączyłem. Jak na dokowanie.
— To dobrze.
Pilot wiedział już, że nie ma komu opowiadać o szczegółach walki z rakietą nad samym kosmodromem. Kawa kawą — ale czy gospodarze, co mu się tak narzucili, nie powinni dać pokój i łazienkę? Marzył o gorącym tuszu. Gosse wciąż bormotał do mikrofonu. London stał nad nim pochylony. Sytuacja była niewyraźna, ale pełna napięcia. Pilot czuł już, że ci dwaj mają na głowie coś ważniejszego od jego przygody i że to się wiąże z sygnałami Graala. Dosłyszał lecąc strzępy — było w nich coś o maszynach, które nie doszły i o ich poszukiwaniu.
Gosse obrócił się z fotelem, przez co zbyt naciągnięty przewód zesunął mu słuchawki z uszu na szyję.
— Gdzie jest ten pański Sinko?
— Na pokładzie. Kazałem mu sprawdzić reaktor. London wciąż pytająco patrzał na kierownika. Ten zaprzeczył nieznacznie głową i mruknął:
— Nic.
— A ich śmigłowce?
— Wróciły. Widoczność zero.
— Pytałeś o udźwig?
— Nie dadzą rady. Ile waży gigapromiennik? — zwrócił się do pilota przysłuchującego się rozmowie.
— Nie wiem dokładnie. Niecałe sto ton.
— Co oni robią? — nastawał London. — Na co czekają?
— Na Killiana — odparł Gosse i dosadnie zaklął.
London wyjął ze ściennej szafki butelkę White Horse, potrząsnął nią, jakby badając czy to dostatecznie dobry środek na stan rzeczy i wstawił ją z powrotem na półkę. Pilot stał i czekał. Już nie czuł ciężaru skafandra.
— Zginęli nam dwaj ludzie — odezwał się Gosse. — Nie doszli do Graala.
— Nie dwaj, tylko trzej — sprostował ponuro London.
— Przed miesiącem — podjął Gosse — dostaliśmy transport nowych Diglatorów.
