
Obiekt wkracza na most. Od strony południowej.
— Popatrzmy.
Przechodnie zastygli w miejscu. Pov, jak pikujący ptak, zjechał do poziomu oczu dorosłego człowieka i Morhaim znalazł się w tłumie.
Ludzie… Istnienia znieruchomiałe w słońcu jak kłęby dymu na fotografii: rodzina grubych Nigeryjczyków, gromadka azjatyckich biznes-women — Koreanek czy Tajek — na tle ewidentnie brytyjskich twarzy, w których często dawało się zauważyć ową dziwną mieszaninę cech azjatyckich z typowo anglosaskimi — dość charakterystyczną u dzisiejszych londyńczyków. I oczywiście żadnych przybyszów z Europy — odkąd Francja zamknęła tunel po wybuchu zarazy prionowej — ani Amerykanów wystraszonych działalnością Frontu Wyzwolenia Wessex. Wszyscy przechodnie mieli na głowach przeciwsłoneczne kapelusze i ekraniki od Aniołów — przeważnie udekorowane znakami firmowymi; cóż, każdy starał się możliwie bezboleśnie zaliczyć swoje sto tysięcy ramek — dzienną normę reklam.
Ale i tak było pustawo w porównaniu z tłumami, jakie Morhaim pamiętał z czasów swojej młodości, większość turystów była w podeszłym wieku, zaledwie garstka w średnim — to pokolenie obserwuje świat z Pokojów, tak jak on sam. Oczywiście brakowało też dzieci. W obecnych czasach liczba młodych ludzi tak spadła, że nie ryzykowano wypuszczania na dwór drogocennego przychówku.
A jednak zauważył na moście grupę nastolatków. Wychylając się przez poręcz, patrzyli na to, co zostało z rzeki. Miał dziwne kłopoty z rozróżnieniem postaci — widział same kontury wokół zamazanych plam wirtualnych tatuaży.
— Odgrywaj.
Obrazy ożyły i Morhaima ogarnęła fala ulicznego gwaru.
Dzieciaki wyglądały teraz wyraźniej, tylko wirtualne tatuaże, dzięki którym ich ciała stały się niemal przezroczyste, nie wychodziły dobrze podczas ruchu i wówczas na ekranie ukazywała się brzydka plama na tle młodego ramienia czy nogi.
