
Handel wymienny? Rozbój? Kupony rządowe? Tkało się je we własnym warsztacie? Ten Banderling i jego wariacki pomysł, że moja specjalność może być przydatna w takim świecie. Co za idiota!
Pokrywa pojemnika uniosła się nagle. Bardzo wysoki młodzieniec o nieokreślonej, choć miłej twarzy spoglądał na mnie. Zastukał w metalowe wieko.
— Można? — zapytał z kurtuazją. Spiorunowałem go wzrokiem i nic nie odrzekłem.
— Gliny poszły, ojczulku — ciągnął. — Ale ja bym jeszcze teraz nie wychodził. Nie w twoim mundurku. Ale zniosę ci jajko, jak mi o tym wszystkim opowiesz.
— K… kim pan jest? I czego pan chce?
— Joseph Burns, do usług, ubogi lecz uczciwy publicysta. — Zastanawiał się przez chwilę. — No, cóż, zawsze jednak ubogi. Wezmę każdą historyjkę, jaką możesz mieć na zbyciu. Byłem w tym tłumie na chodniku, kiedy gliny zaczęły cię gonić. Biegłem trochę z tyłu za nimi. Nie wyglądasz na jakiegoś wariata, który uwielbia obnosić swą chwalebną nagość. Gdy dotarłem do tego zaułka, zabrakło mi sił, żeby dalej śledzić przedstawicieli prawa i porządku. Więc oparłem się o ścianę i wtedy zauważyłem ten kosz na śmieci. No, i proszę: ecce ty.
Przestąpiłem z nogi na nogę w miękkiej, kleistej mazi i czekałem.
— Bo właściwie wielu ludzi — mówił dalej, kręcąc bezwiednie pokrywą i spoglądając w głąb ulicy — wielu ludzi może powiedzieć: „Joe Burns, a jeśli on nie jest wariatem? Może spłukał się do czysta w pokera rozbieranego?” Cóż, ludzie często mają rację. Ale w końcu widziałem cię czy nie, jak materializujesz się ze względnie pustego powietrza na środku ulicy? Tylko o to mi chodzi, ojczulku. A jeśli tak, to jak to zrobiłeś?
— A co zrobisz z tą informacją?
— Zależy, ojczulku, zależy. Jeśli będzie barwna, będzie miała to coś…
— Jeśli ci powiem na przykład, że przybyłem z przyszłości?
