
Gdy już zostałem prawidłowo umieszczony w ubraniu, wylazłem z pojemnika i pozwoliłem reporterowi zawiązać buty na moich nie przyzwyczajonych do tego nogach. Buty to były te skórzane bandaże, które już widziałem.
Jeszcze dać mi do ręki siekierę, a zawstydzający obrazek byłby pełny. No, może nie siekierę. Ale coś takiego, jak strzelba albo kusza pasowałoby. Zwierzęce skóry i roślinne włókna wszędzie dotykały mojej skóry. Och!
Rozglądając się nerwowo, Burns poprowadził mnie pod ramię do nie wywietrzonej podziemnej sali. Tam wepchnął mnie do nadzwyczaj długiego i brzydkiego pojazdu — kolei podziemnej.
— Widzę, że tutaj, jak w całym waszym społeczeństwie, tylko najsilniejszy wygrywa — odezwałem się.
Burns chwycił mocniej czyjeś ramię, poruszył nogą, żeby wygodniej stanąć na czyimś bucie i spytał:
— Że co?
— Ci, którzy nie mają dość siły, żeby się tu wcisnąć, zmuszeni są pozostać na miejscu albo uciec się do innego, jeszcze bardziej prymitywnego środka transportu.
— No, ojczulku — gwizdnął z podziwem. — Zrobi się o tobie cudny artykulik. Tylko pamiętaj, żebyś tak mówił przy Fergusonie.
Po dłuższym czasie spędzonym wśród niewygód wyszliśmy z pociągu — niczym dwie wyplute pestki winogron — i przedarliśmy się na ulicę.
Poszedłem wraz z redaktorem do ozdobnego budynku, gdzie zatrzymaliśmy się przed dystyngowanym, starym dżentelmenem, który siedział w małym pomieszczeniu otulony w dostojne, filozoficzne milczenie.
— Jak się pan miewa, panie Ferguson — zacząłem natychmiast, bo byłem przyjemnie zaskoczony. — Szczęśliwy jestem, mogąc znaleźć w przełożonym pana Burnsa to samo intelektualne pokrewieństwo, które prawie…
— Zamknij się! — Burns szepnął mi gwałtownie do ucha. — Przez ciebie facet narobi w spodnie. Czwarte piętro, Carlo.
