— O rany, panie Burns — rzekł Carlo, gdy pociągnął czarną dźwignię i pomieszczenie z całą naszą trójką ruszyło do góry — pan to przyprowadza tu dziwaków. Dziwaków co się zowie.

W redakcji gazety panowało niesamowite zamieszanie, w którym postępowa część ludzkości objawiająca skomplikowane przykłady neurozy przepychała się pomiędzy tonami papieru, biurkami i prymitywnymi maszynami do pisania. Joseph Burns posadził mnie na drewnianej ławeczce i po licznych rytualnych machnięciach ręką i krzyknięciu kilku zwrotów w rodzaju „siemasz tim, siemasz joe, cosychać tim” — zniknął w oszklonym biurze redaktora.

Po dłuższym czasie, gdy już dość miałem tej atmosfery spoconego szaleństwa, wyszedł wraz z małym mężczyzną w zarękawkach i z tikiem w lewym oku.

— To on? — spytał ten mały. — Aha. No, brzmi dobrze, nie mówię, że nie brzmi dobrze. Aha. Wie, że ma się trzymać tego numeru z przyszłością, choćby nie wiem jak próbowali go złamać, a jak się złamie, to nikt się nie może dowiedzieć, że mamy z tym coś wspólnego. Wie o tym, co? Wygląda w sam raz, dość stary, nawet przypomina takiego stukniętego profesorka. Całość wygląda nawet nieźle, Burns. Aha. Aha, aha.

— Poczekaj, aż go usłyszysz — wtrącił reporter. — Spytaj go o kolory, Ferguson!

— Nie jestem obznajomiony z możliwościami pryzmatycznymi — odparłem chłodno. — Ale z wielkim rozczarowaniem stwierdzam, że pierwsze indywidua z cywilizacji prymitywnej, które usłyszały zwięzłą opowieść o moim pochodzeniu, wciąż plotą idiotyczne bzdury…

Lewe oko małego zadrgało w niecierpliwym tiku.

— Zapamiętaj ten tekst. Albo zostaw to Burnsowi, on to zapisze. Słuchaj, Joey, mamy tu niezły interes. Aha. Jeszcze dwa dni do Mistrzostw Świata, a my nie mamy żadnego czerwonego tytułu. To może iść na całą stronę; jak rzuci jakimiś argumentami, to może i więcej. Ja się zajmę oprawą: komentarze facetów z uniwersytetu i z akademii nauk naokoło twojego tekstu. A na razie zabierz tego, jak mu tam…



15 из 28