
— A co to właściwie jest ten rozkład ciśnienia kosmicznego?
— Coś — zakasłałem z zażenowaniem — czym, obawiam się, nigdy w najmniejszym stopniu się nie interesowałem. O ile wiem, oparty jest o Teorię Brakującego Wektora Kuchholtza.
— A co…
— Teoria Brakującego Wektora Kuchholtza — wyjaśniłem im z rozbrajającą szczerością — była jedną z tych rzeczy, które zajmowały mój umysł jeszcze mniej, niż działanie rozkładu ciśnienia kosmicznego.
I tak to szło. Od błahostki do błahostki. Ci prymitywni, choć chcący dobrze, sawanci, którzy żyli jak umieli u samego początku specjalizacji, nie mogli nawet po części ocenić, jak kierunkowa była moja edukacja w każdej dziedzinie poza moją wybraną. W czasach ich mikroskopijnej wiedzy i elementarnych urządzeń już jednemu człowiekowi było trudno objąć choćby uogólnienie z całości nauki. O ileż bardziej w moim czasie, tak próbowałem im tłumaczyć, przy osobnych biologiach i socjologiach dla każdej planety — żeby wspomnieć jeden tylko przykład. A poza tym minęło tyle lat od czasu, gdy zetknąłem się z naukami ogólnymi! Tyle zapomniałem!
Rządu (jak oni go nazywali) właściwie nie dało się wyjaśnić. Jak można przedstawić dwudziestowiecznym dzikusom dziewięć poziomów odpowiedzialności społecznej, z którymi każde dziecko dokładnie zapoznaje się zanim osiągnie wiek młodzieńczy? Jak uprzystępnić status „prawny” tak podstawowej funkcji, jak judicialariona? Być może, ktoś z moich czasów po głębokim przestudiowaniu prymitywnej nauki i przesądów tego okresu mógłby, przy pomocy upraszczających porównań, przekazać im blask takich pojęć, jak wspólnotowa indywidualność czy łączenie według form neuronowych — ale nie ja. Ja? Miałem dość powodów do wymyślań na Banderlinga, w miarę jak rósł szum na sali.
— Jestem specjalistą — krzyczałem do nich. — Potrzebny mi drugi specjalista, taki jak ja, żeby mnie zrozumiał!
