
— Potrzebny ci specjalista, to prawda — odrzekł ubrany na brązowo mężczyzna w średnim wieku, który wstał z tylnego rzędu. — Ale nie taki jak ty. Taki jak ja. Psychiatra!
Rozległ się zgodny wybuch śmiechu. Ferguson podniósł się nerwowo, a Joseph Burns szybko przysunął się do mnie.
— Czy to ten człowiek? — psychiatra spytał mężczyzny w granatowym stroju, który przed chwilą wszedł do redakcji. Rozpoznałem swego wczorajszego prześladowcę. Ten skinął głową.
— Jasne, że ten. Latał po mieście na golasa. Wstydu nie ma. A może stuknięty? Ja tam nie wiem.
— Chwileczkę — zawołał jeden z naukowców w momencie, gdy Ferguson odchrząknął, żeby zabrać głos. — Straciliśmy już tyle czasu, to możemy przynajmniej dowiedzieć się czegoś o jego specjalności. To coś w związku z archeologią — archeologia marsjańska bodajże?
Nareszcie. Nabrałem powietrza w płuca.
— Nie marsjańska — sprostowałem. — I w ogóle żadna archeologia. — „Ach, ta pomyłka Banderlinga” — pomyślałem. Za moimi plecami Burns jęknął i opadł na krzesło.
— Jestem flirgelfliperem. Flirgelfliper to ten, kto flipuje flirg za pomocą flirgelflipu. — Zrobiłem głośny wdech.
Omówiłem swój zawód w całej rozciągłości. Jak to pierwsze doliki i spindfary w marsjańskich piaskach były uważane za jakąś anomalię geologiczną, jak pierwszy pun-forg był używany zamiast przycisku do papieru. O Cordesie i tym niemal cudownym przypadku, dzięki któremu wpadł na pomysł zasady flirgerlflipu. Potem Gurkheyser, który ją udoskonalił i słusznie jest uznawany za twórcę tej profesji. Jakie horyzonty otwarły się, gdy rozpoznano i usystematyzowano formy flirgowe! Nieziemskie piękno stworzone przez rasę, o której nawet żyjący wówczas Marsjanie nie mieli pojęcia; piękno, które weszło do dziedzictwa kulturalnego człowieka.
Opowiedziałem im o ogólnie przyjętej teorii na temat natury flirglów: że były one formą energii, która osiągnęła stadium inteligencji na Czerwonej Planecie i pozostawiła po sobie tylko formy flirgowe, będące przybliżonym odpowiednikiem naszej muzyki lub sztuki bezprzedmiotowej.
