
— Największemu dobru największej liczbie ludzi w najdłuższym okresie czasu — zacytowałem dosłownie z prospektu Instytutu. — Aby ludzkość mogła poprawić samą siebie poprzez kształtowanie przeszłości w oparciu o własny osąd historii i znajomość przyszłości.
— A skąd o tym wiesz? — uśmiechnął się do mnie drwiąco. — Jaki jest ten mistrzowski plan ostatecznych istot ludzkich w tej ostatecznej przyszłości, w której nie ma żadnych ambasad z jeszcze późniejszego okresu? Czy my byśmy go zaakceptowali? Czy…
— Ależ, Banderling, nawet byśmy go nie zrozumieli! To są ludzie z umysłami, przy których nasze wyglądałyby jak pojedyncze neurony. Jakże możemy pojąć i ocenić ich plany? Poza tym, zdaje się, że nie ma czegoś takiego, jak ostateczna przyszłość, tylko ambasady przyszłości jedna za drugą wysyłane do poprzednich epok i opierające swoje doradztwo na najlepszej wiedzy historycznej. Ambasady przyszłości cofające się zawsze w przeszłość od postępowej przyszłości, nie kończące się ambasady — musiałem zrobić przerwę dla nabrania tchu.
— Z wyjątkiem nas. Z wyjątkiem cywilizacji pośredniej, jak nasza. Terton, one mogą sięgać w nieskończoność, jeśli chodzi o przyszłość, ale kończą się w naszych czasach. My nikogo nie wysyłamy w przeszłość; otrzymujemy rozkazy, a żadnych własnych nie wydajemy.
Głowiłem się nad tym, co mi Banderling powiedział, a on sprawdzał iskrzącą się zielono rurę mezotroniczną i poprawił coś na swoim pulpicie, co jeszcze bardziej ją rozjarzało. W Instytucie zawsze go uważano trochę za buntownika — nie takiego, który by się nadawał na Kurs Przystosowawczy, rzecz jasna — ale wiedział przecież, że organizacja samego Instytutu była pierwszą sugestią pochodzącą od Ambasady Przyszłości, gdy nasza epoka osiągnęła swoją pozycję czasową. Uznałem, że bieżące kłopoty ze sprzętem wyprowadziły go z normalnej równowagi. Myśli pobiegły mi z powrotem do ważnych spraw, jak zagadki spindfarów i wolałem już, żeby Banderling uwolnił mnie od tego długiego pręta, abym mógł odczepić od naszyjnika swój flirgelflip.
