
— Co jakieś tam drugorzędne, niezrozumiałe bzdury mają wspólnego z prędkością światła — wrzasnął na mnie. — Powiem ci, Terton, czemu kazali mi przerwać pracę nad depresorem promieniowania po jedenastu latach łamania sobie głowy. Ta maszyna to klucz do podróży w czasie!
Zapomniałem, że mam się obrazić. Gapiłem się na niego.
— Podróż w czasie? To znaczy, że odkryłeś ją? Osiągnęliśmy punkt, w którym będzie nam wolno wysłać w przeszłość własną ambasadę?
— Nie. Osiągnęliśmy punkt, w którym podróżowanie w czasie jest możliwe, w którym można odwiedzić przeszłość, w którym potrafimy ustanowić ambasadę w poprzednim okresie. Ale nie wolno nam tego zrobić! Zamiast tego mam zostawić swój depresor promieniowania, żeby za, powiedzmy, sto lat, kiedy ambasada zezwoli, jakiś inny fizyk zbudował maszynę, korzystając z moich notatek z badań — i został uznany za ojca podróży w czasie!
— Jesteś pewnien, że to podróż w czasie! Może to tylko…
— Jasne, że jestem pewnien. Przecież mierzyłem przerwy czasu trwania od pierwszych oznak tłumienia elektromagnetycznego! Przecież straciłem dwie rury mezotroniczne, zanim pole odwrotne ustaliło się wokół optimum! I powtórzyłem doświadczenie z rurą na ponad piętnastu królikach, z których żaden nie wrócił! Nie, Terton, to na pewno jest podróż w czasie, a ja muszę to wszystko rzucić! To znaczy, oficjalnie muszę.
— Co to znaczy: oficjalnie? — Zaniepokoił mnie jego ton.
Banderling przeciągnął uniwersalnym naszyjnikiem po ekranie benskopu, aż zaczął pulsować światłem.
— No, więc oficjalnie znaczy… Terton, nie mógłbyś podnieść tego prętu na wysokość piersi? Jeszcze trochę. O, tak. Zaraz to ustawimy. Załóżmy, że ktoś z teraźniejszości zostanie wysłany w przeszłość w wyniku pomyłki laboratoryjnej? Podróż w czasie stanie się faktem dokonanym. Człowiek, który zbudował maszynę, który tego dokona, będzie uznany za jej odkrywcę — bez względu na Ambasadę Przyszłości i jej plany. To spowoduje reperkusje aż do ostatniego, najsłabszego zakrzywienia czasu!
