— Tak jest, Terton! — zawołał fizyk w podnieceniu.

— Przekracza optimum! — Podniósł uniwersalny naszyjnik i przycisnął go do ekranu benskopu.

— Cieszę się, że znowu działa — rzekłem obojętnie.

— Ta krata pije mnie w plecy. Banderling, muszę wracać do swoich badań.

— Nie zapomnij, że się uczysz — ostrzegł mnie. — Miej oczy otwarte i rejestruj starannie w pamięci wszystko, co zobaczysz, dopóki cię nie uniesie. Pomyśl tylko, ilu badaczy z twojego skrzydła Instytutu walczyłoby, żeby znaleźć się na twoim miejscu, Terton!

— Na moim miejscu? I pomagać tobie? Hm, bo ja wiem…

W tym momencie stół obrotowy nachylił się w moją stronę i oślepił zielonkawym światłem. Zdawało mi się, że pręt zagłębia się w moje ciało, a krata spływa wzdłuż sztywnych pleców. Twarz Banderlinga zniknęła mi sprzed oczu przykryta lśniącymi falami gorąca. Olbrzymia czara rozrywającego uszy dźwięku wlała mi się do głowy i zagłuszyła myśli. Coś wielkiego, niepowstrzymanego uderzyło mnie silnie i chwyciło pęcherzyk mojej świadomości. Nie zostało nic oprócz wspomnienia uśmiechu Banderlinga.

I było mi zimno. Bardzo zimno.

Stałem pośrodku śmiesznej, kamiennej ulicy i patrzyłem na scenę z powieści Marka Twaina, Washingtona Irvinga, czy Ernesta Hemingwaya — w każdym razie któregoś z pisarzy tego okresu. Budynki z cegły stały naokoło bez ładu i składu, niczym świeżo znaleziona odkrywka spindfara. Metalowe pojazdy przemykały hałaśliwie obok mnie. Po nieco wyższych, kamiennych ścieżkach wzdłuż brzydkich domów chodzili ludzie w skórzanych chodakach przywiązanych ciasno do stóp i poowijani w bandaże z różnorodnych tkanin.

Ale przede wszystkim było tam zimno. To miasto nawet nie miało klimatyzacji! Uświadomiłem sobie, że trzęsą mną gwałtowne dreszcze. Przypomniałem sobie widziany niegdyś rysunek ulicznika, który dygotał na tle takiej samej scenerii. Średniowieczny Nowy Jork. Chyba gdzieś między 1650, a 1980 rokiem.



8 из 28