
Stanął przed Siweńczykiem na rozkraczonych nogach, z rękoma założonymi do tyłu i zaczai się wolno, w zamyśleniu, kołysać na piętach w przód i w tył. W końcu spytał szorstko:
— Patrycjuszu, czy jest pan wiernym poddanym imperatora?
Barr, który dotąd zachowywał obojętne milczenie, zmarszczył brwi i odparł:
— Nie mam najmniejszego powodu, żeby darzyć imperatora miłością.
— Z tego nie wynika jeszcze, że mógłby pan zostać zdrajcą.
— Istotnie. Ale z tego, że nie jestem zdrajcą, nie wynika jeszcze, że zgodziłbym się zostać sprzymierzeńcem.
— Zasadniczo tak. Ale jeśli odmówi mi pan swojej pomocy w tym punkcie — rzekł Riose niespiesznie — zostanie to uznane za zdradę i tak też potraktowane.
Barr ściągnął brwi.
— Proszę zostawić swoje pogróżki dla podwładnych. Mnie wystarczy, jeśli pan po prostu powie, czego pan chce ode mnie.
Riose usiadł i założył nogę na nogę.
— Rozmawialiśmy już pół roku temu, panie Barr.
— O tych pańskich magach?
— Tak. Pamięta pan, co zamierzałem zrobić? Bar skinął głową. Jego ręce spoczywały bezwładnie na brzuchu.
— Zamierzał pan poszukać ich w ich własnej siedzibie. Nie było pana przez ostatnie cztery miesiące. Znalazł ich pan?
— Czy ich znalazłem? Tak! — krzyknął Riose i zacisnął usta.
Wydawało się, że z trudem panuje nad tym, aby nie zacząć zgrzytać zębami. — Patrycjuszu, to nie magowie, to diabły! To nieprawdopodobne. Niech pan pomyśli! Świat rozmiarów chusteczki do nosa, nawet nie — rozmiarów paznokcia, o zasobach naturalnych tak małych, sile tak mikroskopijnej i ludności tak nielicznej, że nie wystarczyłoby to nawet najbardziej zacofanym prefekturom Czarnych Gwiazd, a jednak tak dumny i pyszny, że ośmiela się myśleć, i to wcale nie kryjąc tego, o panowaniu nad Galaktyką!
Ba, są tak pewni siebie, że nawet się nie spieszą z wykonaniem swoich zamiarów. Wszystko robią wolno, flegmatycznie, mówią, że potrzeba na to stuleci. Pochłaniają światy bez pośpiechu, pełznąc przez systemy gwiezdne z błogim i leniwym zadowoleniem z siebie.
