
I udaje się im. Nie ma nikogo, kto by ich powstrzymał. Stworzyli ohydną społeczność handlarzy, która obejmuje swoimi mackami systemy położone dalej, niż ośmielają się sięgać ich dziecinne stateczki. Ich handlarze, jak sami określają się ich agenci, penetrują całe parseki przestrzeni.
Ducem Barr przerwał potok gniewnych słów:
— Ile z tych informacji jest sprawdzonych, a ile wynika z wściekłości?
Generał zaczerpnął głęboko powietrza i uspokoił się trochę.
— Wściekłość mnie nie zaślepia. Powiem panu, że odwiedziłem światy leżące bliżej Siwenny niż Fundacji, gdzie Imperium jest odległym mitem, a handlarze namacalną prawdą. Nas samych brano za handlarzy.
— To sama Fundacja oświadczyła panu, że zmierza do panowania nad Galaktyką?
— Oświadczyła! — Riose znowu wybuchnął. — To nie była sprawa oświadczenia. Osoby oficjalne nic nie mówiły. Rozmawiali wyłącznie o interesach. Ale rozmawiałem ze zwykłymi ludźmi. Poznałem wyobrażenia prostego ludu o jego oczywistym przeznaczeniu i niewzruszoną wiarę w czekającą go wielką przyszłość. To jest rzecz, której nie można ukryć, ten powszechny optymizm. Zresztą nie starają się nawet tego ukrywać.
Siweńczyk rzekł z cichą satysfakcją:
— Raczy pan zauważyć, że jak dotąd wszystko zdaje się dokładnie zgadzać z obrazem wypadków zrekonstruowanym przeze mnie w oparciu o te mizerne dane, które udało mi się zebrać.
— Przynosi to niewątpliwie zaszczyt pańskiej zdolności myślenia analitycznego — odparł Riose z sarkazmem. — Jest to także, z ich strony, szczera, choć pyszałkowata ocena niebezpieczeństwa grożącego posiadłościom Jego Wysokości Imperatora.
Barr wzruszył ramionami, okazując brak zainteresowania i Riose pochylił się nagle, chwycił go za ramiona i spojrzał mu w oczy.
