
— No, patrycjuszu, dość tego! Nie chcę być barbarzyńcą. Jeśli o mnie chodzi, to wrogi stosunek Siweńczyków do Imperium jest mi nienawistnym ciężarem i zrobiłbym wszystko, co w mojej mocy, żeby wymazać złe wspomnienia. Niestety, polem mojego działania jest armia i nie mogę się mieszać do spraw cywilnych. Spowodowałoby to moje odwołanie i od razu przekreśliło całą moją użyteczność. Rozumie pan? Wiem, że tak. A więc, jeśli o nas dwóch chodzi, uznajmy, że zemścił się pan już za okrucieństwa sprzed czterdziestu lat na ich sprawcy, i zapomnijmy o tym. Potrzebuję pańskiej pomocy. Otwarcie to przyznaję.
W głosie generała brzmiała szczera prośba, ale Ducem Barr pokręcił przecząco głową. Gest był łagodny, lecz stanowczy.
Riose nie ustępował. Powiedział błagalnie:
— Nie rozumie mnie pan, patrycjuszu, i wątpię, czy potrafię pana przekonać. Nie podejmuję się dyskusji z panem. To pan jest uczonym, nie ja. Ale jedno powiem. Bez względu na to, co pan myśli o Imperium, nie może pan nie uznać jego zasług. Jego siły zbrojne dopuszczają się niekiedy zbrodni, ale ogólnie biorąc strzegą pokoju i cywilizacji. To flota wojenna Imperium zaprowadziła Pax Imperium, który zapanował w całej Galaktyce na dwa tysiące lat. Niech pan porówna te dwa tysiąclecia pokoju pod znakiem Słońca i Kosmolotu Imperium z dwoma tysiącleciami anarchii, która je poprzedziła. Niech pan pomyśli o wojnach i zniszczeniach tej dawnej epoki i powie mi, czy — przy wszystkich jego wadach — Imperium nie jest warte zachowania.
Niech pan pomyśli — mówił gwałtownie — w co zamieniły się obrzeża Galaktyki w naszych czasach, kiedy odrywają się od Imperium i zdobywają niezależność odległe światy, i niech pan spyta swego sumienia, czy dla drobnej zemsty zgodziłby się pan na zdegradowanie Siwenny z roli prowincji pozostającej pod ochroną potężnej floty wojennej do pozycji barbarzyńskiego świata w barbarzyńskiej Galaktyce, całkowicie pogrążonej, wraz z jej cząstkową wolnością, w powszechnej nędzy i nikczemności.
