— Czy jest aż tak źle? — spytał Siweńczyk. — Już teraz?

— Nie — przyznał Riose. — My sami bylibyśmy bez wątpienia bezpieczni, nawet gdybyśmy mieli żyć czterokrotnie dłużej. Ale ja walczę dla Imperium, dla niego i dla tradycji wojskowej, co ma pewne znaczenie dla mnie osobiście i czego nie potrafię panu wytłumaczyć. To jest tradycja instytucji, której służę.

— Zaczyna pan mówić jak mistyk, a mnie jest zawsze trudno zrozumieć mistycyzm innego człowieka.

— To nieważne. Pojmuje pan chyba, jakie niebezpieczeństwo grozi nam ze strony tej Fundacji.

— To przecież ja wskazałem panu na to, co nazywa pan niebezpieczeństwem, zanim jeszcze wytknął pan nos poza Siwennę.

— A zatem zdaje pan sobie sprawę z tego, że trzeba to zdusić w zarodku, bo w przeciwnym razie trzeba będzie być może pogodzić się z przegraną. Pan wiedział o tej Fundacji, zanim ktokolwiek o niej usłyszał. Pan wie o niej. więcej niż ktokolwiek inny w Imperium. Prawdopodobnie wie pan również jak najskuteczniej ich zaatakować, i prawdopodobnie może mnie pan ostrzec przed ich przeciwdziałaniem. No, proszę, zostańmy przyjaciółmi.

Ducem Barr wstał. Powiedział stanowczym tonem:

— Pomoc, której mógłbym panu udzielić, jest niewiele warta. A więc, wobec pana stanowczego żądania, obiecuję ją panu.

— To ja ocenię jej znaczenie.

— Mówię poważnie. Nawet cała potęga Imperium nie zdoła zniszczyć tego lilipuciego świata.

— A dlaczegóż to? — w oczach Bel Riose'a pojawił się gniewny błysk. — Nie, proszę zostać na miejscu. Powiem panu, kiedy będzie pan mógł odejść. Dlaczego? Jeśli sądzi pan, że nie doceniam wroga, którego odkryłem, to jest pan w błędzie. Patrycjuszu — rzekł z wahaniem — wracając, straciłem statek. Nie mam żadnego dowodu, że wpadł w ręce ludzi z Fundacji, ale do tej pory nie odnaleziono go, a gdyby był to zwykły wypadek, jego wrak znaleziono by na pewno gdzieś na tym szlaku, którym wracałem.



22 из 238