
— Nie mam żadnego pojęcia.
— A zatem niech mi pan to wyjaśni, używając własnych terminów. Dlaczego powiedział pan, że Imperium nie może pokonać tak słabego przeciwnika?
Siweńczyk ponownie usiadł i odwrócił wzrok od wpatrującego się weń uważnie Riose'a. Powiedział ciężko:
— Ponieważ wierzę w zasady psychohistorii. To dziwna nauka. Osiągnęła pełnię rozwoju i matematyczną precyzję za sprawą jednego człowieka, Hari Seldona, i z nim odeszła, gdyż od tamtej pory nikt nie był w stanie poradzić sobie z jej zawiłymi wzorami. Ale w tym krótkim okresie dowiodła, że jest najpotężniejszym instrumentem, jaki kiedykolwiek wynaleziono dla badań nad ludzkością. Nie kryjąc, że nie jest w stanie przewidzieć zachowań poszczególnych jednostek, sformułowała ścisłe prawa pozwalające przewidzieć i ukierunkować na drodze analizy matematycznej i ekstrapolacji masowe działania grup ludzi.
— A więc…
— Tej właśnie psychohistorii użył w całej rozciągłości Seldon i jego zespół do ustanowienia Fundacji. Miejsce, czas, warunki — wszystko to składa się matematycznie, a więc nieuchronnie, na pomyślność i rozwój Ogólnego Imperium. Głos Riose'a drżał z oburzenia:
— Chce pan powiedzieć, że ta jego sztuka przewiduje, że ja napadnę na Fundację i przegram taką i taką bitwę z takiego i takiego powodu?! Próbuje mi pan wmówić, że jestem głupim robotem podążającym ślepo ku zagładzie wcześniej ustaloną drogą?
— Nie — odparł ostro stary patrycjusz. — Powiedziałem już, że ta nauka nie zajmuje się indywidualnymi działaniami. Zostało przewidziane tylko szersze tło wydarzeń.
