
Nie było to jednak dla Cleona II żadną pociechą. Studiowanie długiej listy podobnych przypadków nie zmniejszało jego własnego cierpienia nawet o marny elektron. Równie mizerną pociechą była świadomość, że jeszcze jego dziad był zaledwie piratem rządzącym jakąś zagubioną planetą, a on sam rezydował w zbytkownym pałacu Ammenetika Wielkiego jako spadkobierca długiej linii władców Galaktyki, której początek ginął w pomroce dziejów. Nie sprawiała mu teraz żadnej radości myśl, że dzięki wysiłkom jego ojca zduszone zostały wszelkie odruchy rebelii i w Imperium zapanowały harmonia i pokój jak w czasach Stannela VI, i że skutkiem tego, podczas dwudziestu pięciu lat jego panowania najmniejszy przejaw buntu nie przesłonił ani na chwilę blasku jego sławy.
Władca Galaktyki i Pan Wszystkiego jęknął składając głowę na poduszki otoczone orzeźwiającym polem siłowym. Poddał się jego łagodnemu działaniu i czując przyjemne mrowienie, rozluźnił się nieco. Uniósł się z trudem, siadł na łożu i wpatrzył się smutnym wzrokiem w odległe ściany wielkiej komnaty. Nie był to odpowiedni pokój dla samotnej osoby. Był zbyt duży. Wszystkie pokoje były zbyt duże.
Lepiej wszakże być samotnym podczas tych okropnych napadów bólu niż znosić widok napuszonych dworaków, ich niezmierne współczucie i pokorne przygnębienie. Lepiej cierpieć samotnie niż oglądać te przygnębione twarze będące maskami, które kryją zwykłe wyrachowanie i spekulacje na temat czasu jego śmierci i losów korony.
Ta myśl przygnębiła go jeszcze bardziej. Miał trzech synów, trzech dorodnych i obiecujących młodzieńców. Gdzie się oni podziewają? Na pewno czekają. Jeden śledzi drugiego, a wszyscy bacznie obserwują ojca.
Poruszył się niespokojnie. A teraz Brodrig błaga o audiencję. Nisko urodzony, wierny Brodrig. Wierny, ponieważ serdecznie znienawidzony przez tuzin dworskich koterii całkowicie zgodnych w tym jednym jedynym punkcie.
