
Złożył obolałą głowę na łagodzącą cierpienie poduszkę otoczoną polem siłowym.
— Idź już, Brodrig, i przyślij tu lekarza. To najgorszy krętacz z tej całej bandy.
Zaczyna się wojna
Z promieniującego punktu oznaczającego Siwennę siły zbrojne Imperium zapuszczały się ostrożnie w czarną, nieznaną otchłań Peryferii. Olbrzymie statki przemierzały rozległe obszary przestrzeni między rozrzuconymi na skraju Galaktyki gwiazdami otaczając przypuszczalne granice strefy wpływów Fundacji.
Ziemie światów pogrążonych od dwóch stuleci w mrokach barbarzyństwa znowu deptały stopy władców Imperium. Pod presją potężnych dział wymierzonych w miasta stołeczne, ich mieszkańcy składali przysięgę na wierność Imperatorowi.
Zakładano bazy wojskowe, w których stacjonowali ludzie w cesarskich mundurach ze znakiem Kosmolotu i Słońca na ramieniu. Na ich widok starcy przypominali sobie snute przez dziadów ich ojców opowieści o czasach, kiedy wszechświat był wielki i bogaty, kiedy nie było wojen i kiedy nad całą Galaktyką panował ten sam Kosmolot i Słońce.
A potem statki odlatywały, aby dalej snuć swą sieć wokół Fundacji. W miarę jak kolejne światy stawały się okami tej sieci, napływały meldunki do Kwatery Głównej, którą Bel Riose założył na skalistej połaci pogrążonej w wiecznych mrokach planety.
Riose rozluźnił się i uśmiechnął do Barra.
— No i co pan o tym sądzi, patrycjuszu?
— Ja? Cóż jest wart mój sąd? Nie jestem żołnierzem.
Obrzucił zmęczonym i niechętnym spojrzeniem zagracone różnorakim sprzętem pomieszczenie wykute w ścianie jaskini. Ta grota napełniona sztucznym powietrzem, światłem i ciepłem, była pojedynczym pęcherzykiem życia zagubionym wśród bezmiernych przestrzeni niegościnnej planety.
— Pomoc, którą mógłbym czy chciałbym panu ofiarować, jest tyle warta, że równie dobrze mógłby mnie pan odesłać z powrotem na Siwennę! — mruknął.
