— Naprawdę podaje się tu żywe dania? — spytał z niedowierzaniem Gurronsevas.

— Trochę przesadziłem, ale tylko trochę — odparł Yaroch — Kar. — Tutejsze pierzaczki ruszają się wprawdzie, ale nie są żywe. Robi się je z tej samej gastronomicznej papki co wszystko inne. Tyle że po drodze dodaje się do niej kilka substancji, które pozwalają każdemu kawałkowi zachować własny ładunek elektryczny. Potem połowę ładuje się dodatnio, połowę zaś ujemnie i miesza je tuż przed podaniem na stół. W ten sposób, zanim ładunki się zneutralizują, talerz wygląda na pełen życia. To całkiem realistyczne i, jak dla mnie, mocno niesmaczne.

— Fascynujące — mruknął Gurronsevas, dochodząc do wniosku, że jego rozmówca wie zdumiewająco wiele o sekretach tutejszej kuchni. — W hotelu Cromingan — Shesk musieliśmy sprowadzać żywe pierzaczki, zwykle na mokro, co strasznie windowało ceny i czyniło z nich rarytas. Jednak czy nie byłoby możliwe przygotowanie dania, które nadawałoby się dla wszystkich ciepłokrwistych tlenodysznych i wszystkim im smakowało? Czegoś, co łączyłoby w sobie, powiedzmy, wygląd i smak kelgiańskich pędów winnych, melfiańskich orzechów bagiennych, oczywiście pierzaczków, orligiańskiego skarkshi, nallajimskiego siemienia, ziemskiego steku i spaghetti i jeszcze naszego… O co chodzi? Coś nie tak?

Wszyscy prócz Prilicli wydawali donośne, nieprzetłumaczalne odgłosy. W końcu Ziemianin odpowiedział.

— Nie tak? Sam ten pomysł przyprawia nas o mdłości.

Prilicla zaświergotał krótko i podjął wątek.

— Przyjacielu Gurronsevas, nie wyczuwam u nikogo negatywnych emocji ani obrzydzenia, więc to tylko żarty. Nie ma się czym przejmować.



19 из 238