
Gdyby sam siebie nie cenił wystarczająco wysoko, zapewne poczułby się urażony.
Timmins okazał się Ziemianinem w zielonym mundurze, który chociaż czysty i zadbany, był już tak znoszony, że insygnia ledwo dawało się odczytać. Czubek głowy oficera porastały miedziane włosy. Pokazał zęby w grymasie, który u przedstawicieli jego gatunku nie oznaczał agresji, ale był odpowiednikiem uśmiechu. Sprawiał wrażenie pewnego siebie, do gościa zaś odnosił się z wyważonym szacunkiem.
— Witamy na pokładzie — powiedział, gdy wstępną prezentację mieli już za sobą. — Technicznie rzecz biorąc, nasz szpital jest za mały, aby uznać go za sztuczną planetę, za duży natomiast na statek międzygwiezdny. Jednak puryści językowi upierają się, żeby nazywać go statkiem, a my stosujemy się do tego, chyba że sięgamy po inne jeszcze, mniej wytworne nazwy… Gdy tylko będzie to możliwe, chciałbym pokazać panu kwaterę i objaśnić z grubsza, jak co u nas działa. Będąc szefem działu utrzymania i eksploatacji, odpowiadam za wszelkie sprawy środowiskowe z wyjątkiem, rzecz jasna, środowiska społecznego. Tym zajmuje się major O’Mara, który pragnie widzieć pana jak najszybciej w swoim gabinecie. Biorąc pod uwagę natężenie ruchu na korytarzach i konieczność wkładania ubiorów ochronnych przy przechodzeniu przez strefy o innych warunkach naturalnych, do celu dotrzemy zapewne za jakieś dwadzieścia minut. Po drodze przekażę panu najważniejsze informacje, które powinni otrzymać wszyscy nowi w Szpitalu. Jeśli zatem można, poprowadzę.
Gdy wyszli z przedsionka śluzy i ruszyli rękawem ku pomieszczeniom Szpitala, porucznik zaczął od przeprosin — na wypadek gdyby w jego przemowie znalazło się coś, co gość już słyszał. Potem wyjaśnił, że Szpital Kosmiczny Sektora Dwunastego jest najnowocześniejszym, największym i, w zgodnej opinii środowiska medycznego, najlepszym szpitalem wielośrodowiskowym, jaki kiedykolwiek zbudowano.
