
— Szybko pan do tego przywyknie — dodał. — Widywałem już gości, którzy podczas pierwszego kontaktu z przedstawicielami aż tylu różnych gatunków wpadali w panikę, uciekali i kryli się albo zastygali sparaliżowani strachem. Pan radzi sobie całkiem nieźle.
— Dziękuję — odparł Gurronsevas. Normalnie nie byłby skłonny dzielić się informacjami o sobie z kimś ledwie poznanym, ale komplement mile go połechtał. — Mam doświadczenie, jeśli chodzi o takie sytuacje, poruczniku. Podobne sceny można ujrzeć podczas wielogatunkowych konwentów i zjazdów. Tyle że ich uczestnicy są zwykle gorzej wychowani.
— Naprawdę? — spytał porucznik ze śmiechem. — Na pańskim miejscu poczekałbym z oceną manier napotkanych istot do chwili, gdy otrzyma pan wielokanałowy autotranslator. Nie wie pan, co niektóre z nich mówiły o panu. Za kilka minut dotrzemy do departamentu psychologii.
Gurronsevas zauważył, że na tym poziomie korytarze są znacznie mniej zatłoczone, a mimo to nie poruszają się szybciej. Wręcz przeciwnie — z jakiegoś powodu Ziemianin zwolnił.
— Zanim pan wejdzie — powiedział nagle, jakby po dłuższym wahaniu — chyba dobrze będzie, jeśli usłyszy pan coś o osobie, którą za chwilę pan pozna.
— To może się okazać pomocne — zgodził się Gurronsevas.
— Major O’Mara jest naczelnym psychologiem. Uzdrawiaczem umysłu, o ile pamiętam wasze nazewnictwo. Odpowiada za harmonijne współistnienie i współpracę ponad dziesięciu tysięcy istot, które wywodzą się niekiedy z bardzo zróżnicowanych kultur…
Jak wyjaśnił porucznik, mimo starannego doboru kandydatów, wzajemnej tolerancji i powszechnego poszanowania fachowości, zdarzały się w Szpitalu tarcia albo konflikty. Najczęściej wynikały one ze zwykłej niewiedzy albo niezrozumienia, czasem jednak wiązały się z głębszymi problemami, głównie o podłożu ksenofobicznym.
