
– Verity – znów odezwała się Chastity – nie myśl, że nie jestem ci wdzięczna za to, co robisz, że nie wiem, jakie dla mnie ponosisz ofiary. Nadejdzie jeszcze dzień, w którym ci to wszystko wynagrodzę. Przysięgam.
Verity zamrugała oczyma, powstrzymując łzy.
– Wynagrodzisz mnie w dwójnasób… dziesięciokrotnie… jeśli wiosną zatańczysz pośród pierwiosnków i żonkili, kiedy policzki zabarwią ci różane rumieńce, a oczy nabiorą blasku. A teraz śpij.
– Dobranoc.
Chastity szeroko ziewnęła i po chwili dał się słyszeć jej równy oddech.
Istniał tylko jeden sposób, by tancerka mogła pomnożyć swoje zarobki. Cóż, wręcz spodziewano się tego po niej. Verity naciągnęła na głowę kołdrę, próbując nie rozważać tej myśli dalej. Ale problem dręczył ją już od tygodnia. I dlatego, jakby sama przygotowując się do wykonania kolejnego kroku, powiedziała matce: „Zaledwie dzisiejszego wieczoru lady Coleman oświadczyła mi, że jest ze mnie bardzo zadowolona i zamierza znacznie podnieść mi pensję”.
Każdego wieczoru, po skończonym przedstawieniu, w poczekalni dla artystów otaczał ją tłumek wielbicieli. Dwóch dżentelmenów zdążyło nawet złożyć jej niedwuznaczne propozycje. Jeden z nich wymienił kwotę, od której Verity zakręciło się w głowie. Nieustannie wmawiała sobie, że oferty te wcale jej nie kuszą. Nie była to jednak kwestia pokusy. Była to podjęta na zimno decyzja.
Jedynym powodem, dla którego gotowa była uczynić taką rzecz, było bezpieczeństwo matki i siostry. Musiała mieć o wiele więcej pieniędzy, by Chess mogła kontynuować leczenie.
Tak ujmując sprawę, nie musiała nawet podejmować decyzji.
Przypomniała sobie dżentelmena, który tego wieczoru stojąc w drzwiach poczekalni, lustrował ją bezczelnie przez monokl, żeby po chwili przyłączyć się do tłumku otaczającego Hannah Dove. Jego zachowanie nie wskazywało, by zainteresował się Verity – czy raczej Blanche – a jednak dziewczyna odnosiła nieodparte wrażenie, że mężczyzna przez cały czas przebywania i w poczekalni ukradkiem bacznie ją obserwował.
