
– Boże wielki! – mruknął Julian. – Nie jestem pewien, czy panna Heyward życzyłaby sobie… takiej sławy.
– Albo popularności – dodała z przelotnym uśmiechem dziewczyna.
– Do licha – ciągnął Netherford. – Wszyscy chcieliby oglądać panią w walcu. W takim przypadku każdy dżentelmen stałby jak słup soli, zapatrzony w panią, i nie byłoby nikogo, kto zechciałby tańczyć z innymi damami.
Jego słowa skwitował wybuch śmiechu pozostałych galantów.
Julian przyłożył do oka monokl i popatrzył na tancerkę. W jej oczach dostrzegł wyraźne szyderstwo.
– Dziękuję, panie – powiedziała Blanche. – Zgrabny z pana pochlebca. Panowie, jestem już zmęczona. Mam za sobą długi i ciężki wieczór.
Powiedziawszy to, bez skrupułów odprawiła towarzystwo. Oni gięli się przed nią w kornych ukłonach i życzyli dobrej nocy. Później trzech z nich opuściło poczekalnię, a jeden dołączył do adoratorów Hannah Dove. Na placu boju pozostał tylko Julian.
Verity popatrzyła nań wyzywająco.
– Panie?
– Czasami miły, spokojny posiłek potrafi ukoić zmęczenie równie dobrze jak sen. Czy pozwoli pani zaprosić się na kolację w moim towarzystwie?
Otworzyła usta, by odmówić. Poznał to po wyrazie jej twarzy. Chwilę wahała się, po czym jej twarz rozjaśnił uśmiech. Uniosła brwi.
– Na kolację, panie?
– Trzymam zarezerwowany gabinecik w pobliskiej gospodzie – wyjaśnił. – Ale równie dobrze mogę zjeść wieczerzę samotnie.
Najwyraźniej niewiele go obchodziło, czy tancerka przyjmie jego zaproszenie, czy nie.
Verity spuściła wzrok i popatrzyła na swoje ręce. Wicehrabia pomyślał, że Blanche zamierza dać odpowiedź odmowną. A jednocześnie widać było, że Julian ją intryguje. Lub, co wydawało się bardziej prawdopodobne, dziewczyna była w równym stopniu jak on biegła w przesyłaniu sygnałów, jakie chciała przesłać. W tym przypadku próbowała zasygnalizować niechęć i obojętność, a jednocześnie ciekawość. Postanowił zatem przejąć inicjatywę w swoje ręce.
