
– Panno Heyward. – Pochylił się nieznacznie w jej stronę i zniżył głos. – Zapraszam panią tylko na kolację, nie do łóżka.
Popatrzyła mu prosto w oczy. Po chwili twarz znów rozjaśnił jej lekki uśmiech.
– Dziękuję, panie. Rzeczywiście jestem głodna, lecz musisz chwilę poczekać. Pójdę po płaszcz.
Julian lekkim skinieniem głowy wyraził zgodę i dziewczyna wstała. Teraz, z bliska, zaskoczył go jej wzrost. Był wysokim mężczyzną, któremu większość kobiet nie sięgała nawet do ramienia. Blanche była niższa od niego o niecałe pół głowy.
Cóż, pomyślał z zadowoleniem. Mam za sobą pierwsze starcie, z którego wyszedłem zwycięsko. Przyjęła zaproszenie tylko na kolację, to prawda. Jeśli nie zamienię tego drobnego sukcesu w tydzień rozkoszy w Norfolkshire, zasługuję jedynie na los, jaki czeka mnie w Conway pod postacią lady Sarah Plunkett o mysiej twarzy.
Ale nie sądził, że przegra tę grę.
Co więcej, nie wierzył, by sama panna Blanche Heyward do tego dopuściła.
Była to przestronna, kwadratowa izba o drewnianym stropie i ogromnym kominku, w którym rozkosznie trzeszczały płonące głownie. Pośrodku pokoju stał stół nakryty dla dwóch osób. Na śnieżnobiałym, wykrochmalonym obrusie lśniła wytwarzana zastawa ze srebra, porcelany i kryształów. W cynowym lichtarzu płonęły dwie wysokie świece.
Wicehrabia Folingsby musiał być zatem pewien, że przyjmę jego zaproszenie, pomyślała Verity. Bez słowa pomógł jej zdjąć płaszcz. Nie patrząc na gospodarza, przeszła przez izbę, stanęła przy kominku i wyciągnęła dłonie do ognia. Nigdy jeszcze w życiu nie była tak zdenerwowana, nawet podczas liczenia pieniędzy za swój pierwszy występ na scenie. W każdym razie tamto zdenerwowanie było zupełnie inne.
– Bardzo chłodny wieczór – przerwał milczenie Julian.
– Zaiste.
Nie miała wielu okazji, by się o tym przekonać, gdyż niewielką odległość dzielącą teatr od gospody przebyli okazałym, prywatnym powozem młodego dandysa. Przez całą drogę milczeli.
