
Nie wierzyła, że została zaproszona wyłącznie na kolację. Ale wciąż nie wiedziała, jaką ma dać odpowiedź, kiedy już padnie nieuchronne pytanie. Być może w świecie ladacznic było rzeczą zwyczajną, iż za przyjęcie zaproszenia takiego jak to płaci się w oczywisty sposób.
Czy to możliwe, by zanim ta noc minie, ona wykona ostateczny ruch? Co będę wtedy czuła? – pomyślała nieoczekiwanie. Jak będę czuć się rano?
– W zielonym jest pani do twarzy – odezwał się Folingsby. Verity poczuła złość do samej siebie za to, że gwałtownie drgnęła, kiedy skonstatowała, iż mężczyzna stoi tuż obok niej. – Niewiele kobiet potrafi ocenić, w jakim kolorze jest im najlepiej.
Verity miała na sobie ulubioną suknię z ciemnozielonego jedwabiu, choć jej krój był już dawno niemodny. Jednak podwyższona talia i proste rękawy ubioru nadawały mu rodzaj ponadczasowej elegancji, która nie starzeje się tak szybko jak wszelkie nowinki w świecie mody.
– Dziękuję – odparła z promiennym uśmiechem Verity.
– Wyobrażam sobie – ciągnął Julian – że jakiś artysta musiał kiedyś wyjątkowo uważnie wymieszać farby i przy użyciu najdelikatniejszego pędzla udało mu się stworzyć barwę pani oczu. Mają unikalny kolor.
Verity z lekkim uśmiechem popatrzyła na tańczące w kominku płomienie. Mężczyźni lubili hojnie szafować komplementami, mówiąc o jej oczach, lecz jeszcze żaden nie wyraził tego w taki sposób jak wicehrabia.
– Mój panie, w moich żyłach płynie domieszka irlandzkiej krwi – wyjaśniła.
– A, Zielona Wyspa – mruknął. – Kraina rudowłosych, obdarzonych ognistym temperamentem ślicznotek. Panno Heyward, czy pani również posiada ognisty temperament?
– Mam też w żyłach sporo krwi angielskiej – odparła.
– Och, ci prozaiczni, pełni flegmy Anglicy! – Westchnął. – Rozczarowała mnie pani. Przejdźmy lepiej do stołu.
– A zatem, mój panie, lubisz ogniste kobiety? – zapytała, zajmując miejsce naprzeciwko niego.
