
– To zależy wyłącznie od kobiety. Jeśli czerpię przyjemność z okiełznięcia jej, to tak.
Sięgnął po stojącą na stole butelkę z winem, odkorkował ją i rozlał trunek do kieliszków.
Gdy zajęty był tą czynnością, Verity, po raz pierwszy od opuszczenia teatru, mogła mu się lepiej przyjrzeć. Był aż zatrważająco przystojny, lecz zupełnie nie umiała wytłumaczyć sobie, dlaczego ta uroda mogła budzić lęk. Może to jego pewność siebie i zarozumiałość, bardziej niż wygląd, sprawiały, iż pragnęła jedynie cofnąć czas, wrócić do teatru i tam odrzucić jego zaproszenie na kolację. Odnosiła wrażenie, że są całkowicie sami, choć nieustannie pojawiało się dwóch służących donoszących w milczeniu potrawy. A może sprawiał to jego pełen zmysłowości urok i pewność, że jej pożąda?
Julian wzniósł kieliszek.
– Za naszą znajomość – powiedział, spoglądając prosto w jej oczy lśniące niczym szmaragdy w migotliwym blasku świec.
Verity uśmiechnęła się i delikatnie trąciła kieliszkiem jego kieliszek. Z radością stwierdziła, że całkowicie nad sobą panuje i nie trzęsą się jej ręce. Niemniej odnosiła wrażenie, iż podjęła już nieodwołalną decyzję, że ostatecznie zawarła pakt.
– Może coś zjemy? – zasugerował Julian, kiedy słudzy odeszli, zamykając za sobą cicho drzwi.
Wskazał półmiski z zimnym mięsiwem, parujące warzywa oraz kryształową paterę z owocami.
Verity uświadomiła sobie nieoczekiwanie, że choć naprawdę jest okropnie głodna, nie wie, czy zdoła cokolwiek przełknąć. Zadowoliła się zatem skromną porcją.
– Panno Heyward, czy zawsze jest pani tak rozmowna? – zapytał wicehrabia, obserwując, jak dziewczyna smaruje bułeczkę masłem.
Verity zastygła w pół gestu i niechętnie popatrzyła na wicehrabiego. Jak wszystkie kobiety z jej klasy, potrafiła prowadzić układną konwersację. Teraz jednak nie miała najmniejszego pojęcia, jaki temat poruszyć. Nigdy dotychczas nie jadła kolacji sam na sam z mężczyzną ani też nie przebywała z nim dłużej niż pół godziny bez osoby towarzyszącej.
