
– O czym chcesz, bym mówiła, mój panie? – spytała.
Julian dłuższą chwilę przyglądał się jej z wyraźnym rozbawieniem.
– O kapeluszach? Klejnotach? O ostatniej wyprawie do sklepów?
A zatem nie był zbyt wysokiego mniemania o inteligencji kobiet. A może tylko ją tak traktował?
– Pytam, o czym ty chcesz rozmawiać, mój panie.
Folingsby sprawiał wrażenie jeszcze bardziej rozbawionego.
– O pani – odparł bez wahania. – Niech mi pani opowie coś o sobie. Proszę zacząć od swego akcentu. Nie potrafię wyczuć, skąd pani pochodzi.
Verity zawsze z łatwością przejmowała akcent, z jakim mówili ludzie, z którymi pracowała; poza tym umiała maskować fakt, że pochodzi z dobrej rodziny.
– Bardzo łatwo chwytam akcent – wyjaśniła. – A mieszkałam w wielu miejscach. Podejrzewam więc, że w mojej mowie są naleciałości wszystkich tych miejsc.
– A na dodatek, by sprawę jeszcze bardziej pogmatwać, ktoś udzielał pani lekcji dykcji.
– Naturalnie – odparła z czarującym uśmiechem. – Nawet tancerce nie wolno przy każdym słowie znęcać się nad językiem angielskim, mój panie. Jeśli ktoś myśli poważniej o karierze, musi dbać o swój język i wymowę.
Przez dłuższą chwilę przyglądał się jej w milczeniu. Trzymająca widelec dłoń znieruchomiała w połowie drogi do ust. Verity poczuła, jak na twarz wypełzają jej rumieńce. Jaką, jego zdaniem, zamierza zrobić karierę?
– Rozumiem – odparł w końcu cichym, aksamitnym głosem i wsunął do ust kawałek mięsa. – Ale o tych właśnie miejscach chcę posłuchać. Proszę powiedzieć, gdzie pani się urodziła. Proszę opowiedzieć mi o swej rodzinie. Przecież nie będziemy jeść kolacji w kompletnym milczeniu.
Odniosła wrażenie, że całe jej życie to jedno wielkie pasmo łgarstw. W każdym następnym środowisku, które poznawała, skrzętnie zacierała prawdę o poprzednim.
