
Miała tylko gorącą nadzieję, że wicehrabia nie zna miejsc, które mu opisywała. Wymyśliła całą rodzinną legendę – jej ojciec był kowalem, matka, kobieta o gołębim sercu, zmarła przed pięciu laty, miała trzech braci i trzy siostry, wszyscy znacznie od niej młodsi.
– I przybyła pani do Londynu w poszukiwaniu fortuny? – przerwał jej opowieść Julian. – Nigdzie indziej pani nie tańczyła?
Verity chwilę się wahała. Nie chciała, by myślał o niej jak o niedoświadczonej dziewczynie, którą łatwo manipulować.
– Tańczę od kilku lat, mój panie. – Z uśmiechem popatrzyła mu prosto w oczy i sięgnęła do patery po gruszkę. – Ale jak wiesz, panie, wszystkie drogi w końcu prowadzą do Londynu.
Zaskoczył ją wyraz nie skrywanego pożądania, jaki pojawił się w jego oczach, gdy śledził ruchy jej ręki. Szybko jednak opuścił powieki i zamaskował swe prawdziwe uczucia kpiącym uśmiechem.
– Naturalnie – stwierdził cicho. – A my, którzy większość czasu spędzamy właśnie tutaj, jesteśmy zachwyceni, mogąc podziwiać różnorodne talenty osób takich jak pani, talenty, które nabyłyście w innych stronach kraju.
Verity bez reszty skupiała uwagę na obieraniu gruszki. Owoc był bardzo soczysty i niebawem dłonie miała już lepkie od soku. Serce biło jej jak oszalałe. Nieoczekiwanie odniosła wrażenie, iż brodzi w głębokiej wodzie. Poczuła, że między nią a mężczyzną narasta napięcie. Oblizała usta, lecz nie potrafiła znaleźć żadnej stosownej riposty na jego słowa.
Nieoczekiwanie dotarł do niej jego głos.
