
– Panno Heyward, skoro już pani obrała tę gruszkę, należy ją zjeść. Nie można przecież marnować tak dorodnego owocu.
Podniosła połówkę gruszki do ust i wbiła w nią zęby. Po brodzie popłynął jej obficie sok. Cokolwiek speszona sięgnęła po serwetkę, świadoma tego, że Folingsby nie spuszcza z niej wzroku. Zanim jednak zdążyła wytrzeć usta, on wyciągnął ponad stołem ramię i długim, smukłym palcem starł jej z brody dużą kroplę gęstego soku, która miała właśnie skapnąć na suknię. Zaskoczona Verity uniosła głowę i ujrzała, że Julian zlizuje z palca sok, nie spuszczając przy tym z niej uważnego spojrzenia.
Poczuła nieznośne gorąco w całym ciele. Policzki jej się zarumieniły.
– Bardzo słodki – mruknął wicehrabia.
Verity zerwała się z krzesła. Po chwili jednak żałowała już tego gestu. Nogi prawie się pod nią ugięły. Podeszła niepewnie do kominka i wyciągnęła ręce, jakby chciała je ogrzać, jakkolwiek to ogień mógł czerpać od niej żar.
Kilkakrotnie głęboko odetchnęła. W izbie panowała martwa cisza. Kątem oka Verity spostrzegła, że Julian również podchodzi do kominka i staje po jego drugiej stronie. Oparł ręce na wysokim gzymsie i bacznie ją obserwował. Nadchodzi czas, pomyślała. Za chwilę padnie to nieuniknione pytanie, a ona będzie musiała na nie odpowiedzieć. A wciąż nie znała odpowiedzi… a może znała? Być może tylko oszukiwała samą siebie, że wciąż jeszcze ma wybór. Decyzję wszak podjęła tam, w poczekalni dla artystów… nie, jeszcze wcześniej. Niewątpliwie wicehrabia zamówił już w gospodzie sypialnię… podobnie jak ten gabinecik. A zatem za kilka minut…
Co będzie czuła? Nie wiedziała nawet, czego ma się spodziewać.
– Panno Heyward, jakie ma pani plany na Boże Narodzenie? – dobiegł ją głos Juliana.
Zaskoczona Verity gwałtownie drgnęła.
Odwróciła głowę i popatrzyła w stronę pytającego. Boże Narodzenie? Miało nadejść za półtora tygodnia. Oczywiście, spędzi je z rodziną.
