
Bezinteresowność.
Nie odrywając wzroku od ognia, uśmiechnęła się łagodnie.
– Byłoby miło z twojej strony, mój panie, gdybyś zapłacił mi z góry.
Ze zdumieniem słuchała własnych słów.
Kiedy mężczyzna nie od razu odpowiedział, odwróciła w jego stronę głowę. Nadal stał oparty łokciem o gzyms kominka, brodę i usta wspierał na zaciśniętej pięści. W oczach wciąż malował się wyraz rozbawienia.
– Musimy pójść na kompromis – odezwał się w końcu. – Połowa teraz, połowa po powrocie.
Verity skinęła głową. Dwieście pięćdziesiąt funtów przed wyjazdem z Londynu. Kiedy jednak przyjmie już zapłatę, pułapka się zatrzaśnie. Nie będzie mogła wykręcić się od wypełnienia swojej części układu. Próbowała przełknąć ślinę, ale język i gardło miała suche jak wiór.
– Cudownie – powiedział z ożywieniem Julian. – Chodźmy, zrobiło się późno. Odwiozę panią do domu.
A zatem ta noc została jej jeszcze darowana. Ogarnęła ją z tego powodu bezbrzeżna ulga. Jakaś jej część doznała jednak rozczarowania. W ciągu godziny gdyby, jak oczekiwała, Julian zarezerwował w gospodzie pokój, mogłaby mieć już najgorsze za sobą. Pierwszy raz był najgorszy. Wyobrażała sobie, zapewne naiwnie, że kiedy już stałaby się kobietą upadłą, kiedy poznałaby, jak to smakuje, wszystko inne poszłoby łatwo. A tak musiała czekać, aż wyjadą do Norfolkshire.
Gdy wicehrabia otulił płaszczem jej ramiona, do Verity dotarł sens jego ostatnich słów.
– Nie, mój panie, dziękuję. Sama pojadę do domu. Gdybyś tylko był tak uprzejmy i wezwał dorożkę.
Julian odwrócił ją przodem do siebie i zaczął zapinać guziki płaszcza. Następnie popatrzył jej uważnie w oczy.
– Gramy tę wykrętną grę do końca, panno Heyward? – zapytał. – A może w domu czeka ktoś, kto raczej nie powinien mnie widzieć?
