
– Co to jest? – spytała.
– Proszę zobaczyć. To prezent świąteczny.
– Nie potrzebuję żadnych prezentów – odparła, spoglądając mu prosto w oczy. – Za to, co mam ci dać, zapłaciłeś mi już hojnie, mój panie.
Julian poczuł nieprzyjemny skurcz w brzuchu, ogarnął go gniew. Czyżby kazała mu czekać jak durniowi z wyciągniętą ręką do czasu, aż ostygnie obiad? Blanche wzięła w końcu pudełko i powoli je otworzyła. Obserwował ją z nie skrywanym niepokojem. Może popełnił błąd, nie decydując się na brylanty, rubiny lub szmaragdy?
Dziewczyna długo spoglądała na zawartość pudełeczka. Milczała, nie próbowała nawet wziąć podarunku w palce.
– Czy to Gwiazda Betlejemska? – spytała po długiej chwili.
Tak, była to gwiazda, złota gwiazda na złotym łańcuszku. Nawet nie przyszło mu do głowy, że może być to Gwiazda Betlejemska. Domysł Blanche z całą pewnością był słuszny.
– Tak – odparł pewnym głosem. – Czy się pani podoba?
– Ona należy do niebios – odrzekła po długiej chwili namysłu, spoglądając nieruchomym wzrokiem na wisiorek. – Jest symbolem nadziei. Znakiem dla tych, którzy poszukują sensu życia i mądrości.
Julianowi wręcz odebrało mowę.
Dziewczyna popatrzyła mu prosto w twarz cudownymi, szmaragdowymi oczyma.
– Takich rzeczy nie powinno kupować się za pieniądze, mój panie – oświadczyła. – Ktoś taki jak pan nie powinien dawać podobnych prezentów komuś takiemu jak ja.
Posłał jej spojrzenie pełne źle skrywanej furii. Takiemu jak on? Co, do diabła, miała na myśli?
– Czy mam przez to rozumieć, że prezent się pani nie podoba, panno Heyward? – powiedział, nadając swemu głosowi ton znudzenia. – Powinienem był kupić bransoletę wysadzaną brylantami.
