Nadchodzi śnieżyca, pomyślał, spoglądając na zasnute szarymi chmurami niebo. Czekają nas zatem białe święta. Perspektywa ta, która w innych okolicznościach bardzo by go radowała, teraz budziła w nim wręcz niechęć. W Conway zbierze się cała rodzina, od dzieci po starców, będą urządzać kuligi, bitwy na śnieżki, konkursy na najładniejszego bałwana i zawody łyżwiarskie.

Nieoczekiwanie ogarnęła go nostalgia za bliskimi.

Gdy dotarli do celu, okazało się, że domek myśliwski Bertiego bardziej przypomina okazałą rezydencję niż skromny pawilon, jakiego spodziewał się Julian. Okna rozświetlał zapraszająco blask świec, a z kominów biły w niebo pióropusze dymu. Julian, któremu od konnej jazdy kompletnie zdrętwiały mięśnie, krzywiąc się z bólu, niezgrabnie zsunął się z siodła. Niedbałym ruchem ręki odprawił służącego, który wyszedł im na spotkanie, i osobiście otworzył drzwi powozu. Wysunął stopnie, wyciągnął rękę i pomógł wysiąść pasażerce.

Gdy ujął zakrytą rękawiczką dłoń Blanche, naszła go kolejna refleksja, że dziewczyna wcale nie przypomina rajskiego ptaka, jak to sobie wyobrażał, zapraszając ją na wieś. Ubrana była w skromną, szarą, wełnianą suknię i długi, bury płaszcz. Na dłoniach miała czarne rękawiczki i tej samej barwy wysokie buciki na stopach. Jej włosy, owe olśniewające tycjanowskie pukle, zostały bezlitośnie zaczesane do tyłu i zakryte skromnym, praktycznym damskim czepkiem. Twarz nie nosiła śladu kosmetyków, ale i bez nich pałała nieziemską wprost urodą. Nie miała w sobie nic z ladacznicy.

– Dziękuję, mój panie – powiedziała, spoglądając w stronę domu.

– Mam nadzieję, że pod kocami było pani wystarczająco ciepło – odrzekł Julian.

– Oczywiście – odparła z uśmiechem.



24 из 79