
Julian odwrócił się w stronę Bertiego. Jego przyjaciel stał w otwartych drzwiach, zacierał ręce i serdecznie się uśmiechał. Julian poczuł przebiegający mu po plecach rozkoszny dreszcz. Nadchodzącej nocy oczekiwał z ogromną niecierpliwością. W pannie Blanche Heyward, tancerce z opery i znawczyni Gwiazdy Betlejemskiej, było coś niebywale intrygującego.
Verity nigdy jeszcze w życiu nie była tak skrępowana jak podczas pierwszej godziny pobytu w domku myśliwskim Bertranda Hollandera. Domostwo to w niczym nie przypomina pawilonu myśliwskiego, myślała, rozglądając się po wielkim, wygodnym i pięknie urządzonym domu, którego właściciel używał jedynie w sezonie łowieckim. No i wykorzystywał do potajemnych schadzek z kochankami.
To właśnie stanowiło główną przyczynę zakłopotania Verity. Pan Hollander okazał się niezwykle miłym dżentelmenem. Miał przystojną, sympatyczną twarz i, najwyraźniej, przykładał wielką wagę do ubioru. Gospodarz serdecznie powitał gości, zapewnił, iż w jego domu znajdą wszelkie wygody, po czym poprosił, by nie robili sobie żadnych ceregieli.
Ukłonił się Verity z wielką galanterią, ujął jej dłoń, podniósł ją do ust, po czym zaprowadził dziewczynę w głąb domu. Idąc, usilnie prosił, by bez skrępowania zwracała się do niego z wszelkimi prośbami.
Całym jednak zachowaniem dawał wyraźnie do zrozumienia, że Verity należy do całkiem innej sfery. Na wstępie otaksował ją wzrokiem od stóp do głów, po czym przesłał wicehrabiemu Folingsby znaczący uśmiech. Choć nie był to do końca butny, bezczelny uśmieszek i kryło się w nim wiele uznania, to jednak w obecności prawdziwej damy nigdy by sobie na takie zachowanie nie pozwolił. Nie zwróciłby się również do niej po imieniu.
– Blanche, przejdź, proszę, do salonu i ogrzej się przy kominku – rzekł. – Za chwilę przedstawię ci Debbie.
Jego kochanka miała jasnoblond włosy, była ładna i trochę pulchna. Mówiła z wyraźnym akcentem z Yorkshire. Na powitanie nie wstała wprawdzie z krzesła, na którym siedziała przed kominkiem, lecz przesłała nowo przybyłym wesoły uśmiech.
